GMINA OBORNIKI. Wszystkie organy państwowe powiedziały „tak”. Sanepid, Wody Polskie, marszałek województwa i Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska nie dopatrzyły się w planowanej inwestycji niczego, co wymagałoby jej zablokowania. Jednak dla władz gminy Oborniki w Objezierzu świnie mają ustąpić miejsca krowom. Przynajmniej w nowym planie miejscowym. I to właśnie ten plan może się dla gminy okazać najdroższym elementem całej historii.
Po protestach mieszkańców Objezierza sprawa tuczarni wyszła poza lokalne ramy, trafiła do ogólnopolskich mediów i była poruszana nawet w sejmie. W odpowiedzi na społeczne emocje władze Obornik sięgnęły po zmianę miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Początkowo pomysł był prosty i radykalny: całkowity zakaz hodowli zwierząt w dawnych budynkach popegeerowskich na terenie wsi. Obowiązujący plan na to pozwalał, nowy miał definitywnie zamknąć temat.
Ten wariant szybko napotkał jednak opór gminnej komisji urbanistycznej, która uznała, że całkowity zakaz hodowli jest rozwiązaniem wątpliwym prawnie i mało realnym do obrony przed organami nadzorczymi. Komisja ostrzegała, że taki ruch może skończyć się uchyleniem planu albo poważnymi konsekwencjami prawnymi. Jej uwagi zostały jednak odrzucone, a do rady miejskiej trafiła wersja „złagodzona”. Zamiast pełnego zakazu hodowli zaproponowano zakaz hodowli trzody chlewnej i norek, przy jednoczesnym dopuszczeniu – w ograniczonym zakresie – hodowli bydła. Krótko mówiąc: świnie i norki nie, krowy tak.
Na papierze wygląda to jak kompromis, w praktyce jednak wciąż może być bardzo niebezpieczna decyzja. Zwłaszcza że inwestor nie działał w próżni. Planuje uruchomienie hodowli trzody chlewnej w zmodernizowanych budynkach po dawnym PGR oraz w nowych obiektach, na gruntach przeznaczonych pod produkcję hodowlaną. Przeszedł pełną procedurę środowiskową i uzyskał wszystkie wymagane uzgodnienia. Początkowo mowa była o ponad 14 tysiącach świń, obecnie liczba ta została zmniejszona do 10 315. Z punktu widzenia administracji państwowej wszystko się zgadza.
I tu zaczyna się problem dla gminy. Zmiana planu miejscowego w trakcie procedury, już po uzyskaniu pozytywnych opinii wszystkich instytucji, może zostać odebrana nie jako działanie planistyczne, ale jako próba zablokowania konkretnej inwestycji. A to otwiera prostą drogę do wieloletniego procesu sądowego o odszkodowanie. W sądzie nie będzie się już dyskutować o zapachach, turystyce ani klimacie społecznym wsi, tylko o utraconych korzyściach i odpowiedzialności finansowej samorządu.
Oczywiście mieszkańcy Objezierza nie protestują bez powodu. Obawiają się smrodu, wpływu inwestycji na zdrowie, środowisko i wartość nieruchomości. Podkreślają, że planowana tuczarnia miałaby powstać niemal w centrum wsi, w pobliżu szkół, kościoła i zabytków, a nie gdzieś na uboczu. To czyni sytuację wyjątkowo napiętą i politycznie trudną.
Władze gminy próbują więc balansować pomiędzy oczekiwaniami mieszkańców a realiami prawa. Tyle że procedura środowiskowa już się zakończyła, i to z wynikiem korzystnym dla inwestora. Teraz w centrum uwagi znalazł się plan miejscowy – narzędzie potężne, ale i ryzykowne.
Zamiana świń na krowy może brzmieć jak sprytne rozwiązanie problemu. Pytanie tylko, czy jest to realny kompromis, czy raczej próba wyjścia z sytuacji bez ponoszenia politycznych kosztów tu i teraz, za cenę bardzo realnych kosztów finansowych w przyszłości. Bo jeśli w tej sprawie coś naprawdę może długo ciążyć gminie Oborniki, to nie zapach z fermy, ale widmo sądowego sporu, który może ciągnąć się latami.























