OBORNIKI. Spółdzielnia energetyczna w Obornikach, która będzie zarządzać produkcją energii odnawialnej, stała się faktem. Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji zakończyło formalności, dopełniono rejestracji sądowej, nadano numer KRS. Na papierze wszystko wygląda poważnie i nowocześnie. Pojawia się jednak pytanie, czy mamy do czynienia z realną zmianą, czy raczej z kolejnym hasłem, które dobrze brzmi w komunikatach, a znacznie gorzej w codziennych rachunkach.
Jednym z głównych argumentów przywoływanych przy okazji powstania spółdzielni jest łączna moc zainstalowana instalacji – 3,41 megawata. To liczba, która robi wrażenie, dopóki nie wyjaśni się, co tak naprawdę oznacza. Nie jest to ilość energii, którą spółdzielnia produkuje każdego dnia, lecz maksymalna moc możliwa do osiągnięcia w idealnych warunkach. W praktyce, przy dominującym udziale fotowoltaiki, takie warunki zdarzają się rzadko i na krótko.
Po uwzględnieniu realnej pracy paneli słonecznych okazuje się, że średnia dostępna moc jest kilkukrotnie niższa. W skali miesiąca daje to około 295 tysięcy kilowatogodzin energii. To wciąż niemało, ale daleko temu do energetycznej rewolucji. Tym bardziej że często przywoływane przeliczenia na liczbę gospodarstw domowych są czysto teoretyczne. Ta energia nie trafia do mieszkańców. Zasila infrastrukturę należącą do członków spółdzielni, przede wszystkim obiekty PWiK.
Z punktu widzenia samej spółki wodociągowej projekt ma sens. Energia elektryczna to jeden z największych kosztów jej działalności, a własna produkcja prądu już dziś pokrywa część zapotrzebowania oczyszczalni ścieków. Spółdzielnia daje możliwość lepszego bilansowania energii i ograniczenia części opłat. Tyle że nawet przedstawiciele PWiK mówią raczej o stabilizacji kosztów niż o radykalnych oszczędnościach. Zapowiadane korzyści finansowe pozostają na razie prognozą.
Trudno też nie zauważyć, że w strukturze spółdzielni istotną rolę odgrywają podmioty zewnętrzne. To one zajmowały się formalną rejestracją i mają swoich przedstawicieli w organach nadzorczych. Formalnie wszystko jest zgodne z przepisami, ale rodzi się pytanie, kto będzie faktycznie podejmował kluczowe decyzje i w czyim interesie. Lokalność przedsięwzięcia kończy się tam, gdzie realna kontrola przesuwa się poza gminę.
Najczęściej powtarzana obietnica dotyczy wpływu na ceny wody i ścieków. Logika jest prosta: tańsza energia oznacza mniejsze koszty, a więc mniejszą presję na podwyżki. Problem w tym, że między teorią a praktyką stoi cały system regulacji, rosnące koszty innych elementów działalności i długie procedury zatwierdzania taryf. Mieszkańcy nie zobaczą różnicy ani jutro, ani zapewne w najbliższym czasie.
Spółdzielnia energetyczna w Obornikach nie jest pomysłem złym ani bezsensownym. Jest próbą odnalezienia się w rzeczywistości drogich i niestabilnych cen energii. Problem zaczyna się wtedy, gdy eksperyment przedstawiany jest jako przełom, a pytania o skalę, kontrolę i realne efekty zbywa się ogólnikami. Ostatecznie nie zdecydują slogany o przyszłości energetyki, lecz twarde liczby w sprawozdaniach finansowych i odpowiedź na jedno proste pytanie: kto naprawdę na tym zyskuje.























