Jak sąsiad sąsiadowi… Spór w Kiszewie.

Jak sąsiad sąsiadowi… Spór w Kiszewie.

KISZEWO. Pani Lidia mieszka wraz mężem Kazimierzem w Kiszewie od samego urodzenia. Oboje mają dom i gospodarstwo niedaleko od drogi powiatowej, a piszemy „niedaleko”, bo od domu do szosy jest jakieś dobre kilkadziesiąt metrów.

Pierwotnie ich posesja była bliżej drogi, jednak ta przebiegała w tym miejscu wyraźnym łukiem. W roku 2003 lokalne władze postanowiły ją „wyprostować”. Geodeta wyznaczył nową drogę i posesja się od drogi oddaliła.

Pani Lidia wraz z panem Kazimierzem żyli od tego czasu w lesie, bo od szosy dzielił ich grunt o łódkowatym kształcie i powierzchni około dwóch arów, który nie bacząc na prawa własności innych osób w części sobie zalesili, pozostawiając wolnym jedynie wjazd i dojazd.

Ów dojazd utwardzili własnymi siłami i korzystali z niego przez dziesiątki lat. Trwało tak do minionej jesieni i nikt nie spodziewał się, że coś może się w tej materii zmienić.

Owszem, były pewne problemy z sąsiadami – opowiadała pani Lidia, dokumentując do fotografiami – bo sąsiadka co pewien czas parkowała na naszej drodze swój samochód. Gdy pan Szymon budował dom, to na naszym wjeździe ktoś ustawił betonowy blok, a potem posadził tam tuje, by uniemożliwić nam dojazd do domu.

Tu trzeba wiedzieć, że sąsiadka o której pani Lidia opowiadała, jest od paru kadencji radną rady miejskiej Obornik. Renata Małyszek przekazała jednak sporny grunt panu Szymonowi, który wybudował tam dom, więc obecnie nie jest już ona formalnie stroną sporu.

Pani Lidia ma żal do sąsiadów, bo jej małżonek jest schorowany, ma problemy z chodzeniem. a nawet utrzymaniem równowagi. Ona sama przeszła już dziesięć operacji, ma poważne nadciśnienie i problemy z sercem. Wolny przejazd na wprost domu jest dla nich nie tyle wygodą, co koniecznością.

Tymczasem po drobnych, wcześniejszych złośliwościach, o których nam opowiadała, ich dojazd do domu został najpierw wygrodzony taśmą drogową z inskrypcją „teren prywatny – zakaz wjazdu”, a niedługo potem, gdy taśma nie była w stanie niczego zablokować, we wjeździe na dróżce wiodącej do ich domostwa ustawiono stalową, solidną konstrukcję blokującą przejazd.

Konstrukcja stoi przy samej szosie wiodącej przez Kiszewo, jest bardzo widoczna i oburza część mieszkańców wsi do tego stopnia, że wiele osób dzwoniło w tej sprawie do naszej redakcji.

Państwo Lidia i Kazimierz boją się, że pewnego dnia nie dotrze do nich na przykład pogotowie.

Do ich domu jest co prawda jeszcze jedna droga, ale często bywa nieprzejezdna i znana tylko nielicznym.

– Trzeba minąć zablokowany wjazd – wyjaśniała nam pani Lidia, gdy ją chcieliśmy odwiedzić – potem zjechać z powiatówki nieco dalej w prywatny dojazd do następnego gospodarstwa, a potem skręcić w lewo i dojechać do domu przez pole, grząskie po opadach i nieprzejezdne zimą. O tym wjeździe wiedzą jednak nieliczni, nasza redakcja nie ryzykowała tej drogi przedzierając się do naszych rozmówca przez las.

W sprawie pozostawienia pani Lidii otwartego wjazdu była już między sąsiadami konkretna rozmowa.

Pani Lidia zapamiętała ją w ten sposób, że sąsiad Szymon wyliczył koszt spornego gruntu na 350 tysięcy. Sam pan Szymon mówi, że to niedorzeczne. 350 tysięcy to wartość hipoteki zabezpieczającej jego kredyt na budowę domu.

Renata Małyszek pamięta rozmowę, podczas której zaproponowała sąsiadce sprzedaż gruntu w cenie dwóch złotych za metr. Ta się nie zgodziła i korzystała z ich działki.

Tu trzeba bardzo wyraźnie powiedzieć, że owe sporne dwa ary stanowią dziś własność pana Szymona oraz trzech innych sąsiadów, choć działkę zalesili sobie państwo Lidia i Kazimierz.

Jak wyjaśniła nam radna Renata Małyszek: Problem zaczął się w roku 2007, gdy sąsiedzi wystąpili do sądu o przyznanie im naszej działki na mocy zasiedzenia. Mogli wtedy te dwa ary odkupić od nas za około 600 złotych, woleli je jednak przejąć i obciążyć nas jeszcze kosztami postępowania.

Faktem jest, że państwo Lidia i Kazimierz swój wniosek z sądu na jakiś czas wycofali.

Około połowy roku 2009 prawnik państwa Małyszek wystąpił do sąsiadów z pismem zakazującym im naruszania ich własności.

W roku 2015 Renata Małyszek i jej małżonek przekazali działkę przy drodze panu Szymonowi i od tej pory to on jest stroną sporu.

Pan Szymon nie może obecnie spornego kawałka działki sprzedać, bo jest ona w całości hipotecznym zabezpieczeniem bankowym kredytu.

Pięć lat później, w roku 2020 państwo Lidia i Kazimierz ponownie wystąpili do sądu o przyznanie im przedmiotowego fragmentu działki pana Szymona na mocy zasiedzenia, żądając dodatkowo już po raz drugi, pokrycia kosztów zastępstwa procesowego oraz wszelkich ewentualnych ekspertyz.

Od tego momentu spór się wyraźnie zaostrzył. Pan Szymon zapewnia: My nie chcemy nikomu szkodzić. Przecież sąsiedzi mogli przyjść i porozmawiać o dożywotnej służebności wjazdu i drogi. Tymczasem chcą zabrać wszystko.

Pan Szymon rozmawiał z prawnikiem państwa Lidii i Kazimierza proponując dożywotnią bezpłatną służebność przejazdu. Jak sam twierdzi: Ze względu na brak odpowiedzi, trwale działkę zagrodziłem.

Powróciliśmy do pani Lidii, aby zapytać, po co wystąpili z mężem o całe dwa ary, skoro potrzebny jest im jedynie wjazd i droga dojazdowa, niekoniecznie własna, a jedynie jako służebność przejazdu i przejścia?

Pani Lidia odparła: Bo chcemy całe, mamy tam posadzone drzewa i zobaczymy co powie sąd.

Konflikt wydaje się być łatwy do rozwiązania, potrzeba jedynie dobrych chęci.

Tych jednak najwyraźniej stronom brakuje, choć trzeba tu przyznać, że przez długi czas pan Szymon użyczał swojej części spornego gruntu sąsiadom z vis a vis na potrzebny im przejazd.

Dziś stan jest taki, że starsza kobieta walczy z chorobą pogłębianą potężnym stresem, obawiając się, że pewnego dnia pogotowie lub straż pożarna do niej nie dotrze. Dojazd do jej posesji blokuje bowiem konstrukcja, widzą to sąsiedzi i stają po jednej lub drugiej stronie konfliktu.

Na domiar złego krzywdę państwa Lidii i Kazimierza widać gołym okiem, podczas gdy krzywda pana Szymona i jego rodziny wydaje się być niewidoczna.

Właściciele spornego gruntu mają święte prawo bronić swojej własności, co i tak naraża ich na niechęć części kiszewskiej społeczności.

Może jest w tym też źdźbło politycznej kalkulacji? Pani Renata zauważyła, że im bardziej część mieszkańców wsi jest przeciwko niej, tym bardziej popiera ją druga grupa wyborców, bo od trzech kadencji jej notowania jako radnej wciąż rosną.

Wygląda na to, że trzeba będzie czekać na prawomocny wyrok sądu, a to wobec tempa pracy polskich sądów wymaga gargantuicznej wprost cierpliwości.

Podobne artykuły