SYCYN. W Sycynie mieszkańcy, właściciele gruntów i leśnicy z Obornik spotkali się, by porozmawiać o przyszłości Jeziora Sycyńskiego. To niewielki, polodowcowy akwen w dolinie rzeki Samy, którego historia sięga daleko wstecz. Jeszcze pod koniec XIX wieku miał blisko 19 hektarów powierzchni, dziś zostało zaledwie cztery, w dodatku mocno zarosłe trzcinami. Dla wielu osób to nie tylko zwykłe jezioro, ale też symbol – centrum życia wsi i kawałek lokalnej historii, który teraz stoi na krawędzi całkowitego zniknięcia.

Projekt, który chce zrealizować Nadleśnictwo Oborniki, ma temu zapobiec. Planowana jest modernizacja grobli i urządzeń piętrzących wodę, a także zatrzymanie jej odpływu przez sieć rowów melioracyjnych. Woda, zamiast szybko spływać, miałaby pozostać w dolinie Samy i przy samym jeziorze.
Dzięki temu możliwe będzie odtworzenie ok. 30 hektarów siedlisk wilgotno-bagiennych, spowolnienie procesów mineralizacji gleb i odbudowa cennych ekosystemów, takich jak torfowiska, olsy czy łęgi wierzbowe i topolowe. Zatrzymanie odpływu ma też zatrzymać degradację samego jeziora, które w optymistycznym scenariuszu mogłoby odzyskać swoje pierwotne granice sprzed 130 lat.

Dla przyrody byłby to ogromny krok naprzód – większa bioróżnorodność, lepsze warunki życia dla wielu gatunków roślin i zwierząt, a także wzmocnienie odporności całego ekosystemu na skutki zmian klimatu. Dla mieszkańców zaś – powrót do miejsca, które przez długie lata było częścią codzienności wsi.
Bo trzeba pamiętać, że Jezioro Sycyńskie ma swoją historię. Nad jego brzegiem, przy drodze do Jaryszewa, w XIX wieku powstała karczma, która jeszcze w okresie międzywojennym pełniła rolę centrum towarzyskiego i kulturalnego wsi. Niedaleko stał drewniany dwór – dziś zachowały się po nim tylko legendy i pojedyncze ślady materialne. Choć jezioro nigdy nie stało się typowym miejscem letniskowym, mieszkańcy umieli z niego korzystać. W zatoce przy drodze trzymano łódki, którymi wypływano na ryby. W jeziorze roiło się wtedy od szczupaków i leszczy, a złowione ryby trafiały na sprzedaż do Szamotuł. Z czasem połów przestał być źródłem zarobku i stał się hobby, a jezioro powoli pustoszało.

Dziś jest trudno dostępne – ukryte w środku lasu, bez żadnej drogi dojazdowej. Z brzegu prowadzi tylko prowizoryczny pomost sklecony z parapetów i desek, którym można przedostać się przez bagno do małej łódki. Woda otoczona jest gęstymi trzcinami i bagnami, ale właśnie dzięki temu jezioro pozostaje bogate w dziką przyrodę i rzadkie gatunki roślin. Tuż obok znajduje się rezerwat Dołęga, chroniący skrzyp olbrzymi i roślinność kserotermiczną.
Leśnicy podkreślają, że działania w Sycynie są konieczne nie tylko lokalnie, ale i w szerszej skali. Wielkopolska od lat zmaga się z suszą i procesem stepowienia – bezśnieżne zimy, coraz mniej opadów i dawne melioracje sprawiają, że poziom wód gruntowych spada, a torfowiska i mokradła zanikają. Jeśli nic się nie zmieni, ten proces będzie się tylko nasilał. Odbudowa Jeziora Sycyńskiego i doliny Samy to więc nie tylko ratunek dla jednego akwenu, ale też element szerszej walki o zatrzymanie wody w krajobrazie.
Jeśli projekt uda się zrealizować, tafla jeziora mogłaby powrócić do dawnego kształtu sprzed 130 lat. Byłby to przykład udanej renaturyzacji na skalę europejską, a dla mieszkańców – powrót miejsca, które kiedyś było sercem wsi. Znikająca od lat przestrzeń mogłaby znów stać się żywym fragmentem lokalnej tożsamości i symbolem, że przyrodzie można dać drugą szansę.























