POWIAT OBORNIKI. Starostwo obornickie szykuje się na zakupy. I jak to bywa przed większymi zakupami – sięgnie po kartę kredytową. Z dokumentów, które radni właśnie przegłosowali, wynika, że najbliższe dwa lata to będzie taki finansowy czas zabawy, zanim nadejdzie czas płacenia rat.
Wyobraźcie sobie, że pani starosta idzie do banku. W pierwszym roku podpisze umowę i wyjdzie z plikiem banknotów wartym prawie 10 milionów złotych. A za rok wróci po dokładkę – w sumie będzie już winien ponad 12 milionów. To tak, jakby najpierw kupił nowy samochód, a potem stwierdził, że przydałaby się jeszcze przyczepa kempingowa.
Po co jej te wszystkie pieniądze? No cóż, życie powiatu nie jest tanie. Szkoły nie remontują się same, drogi same się nie asfaltują, a w szpitalu nie pojawiają się cudownie nowe tomografy. W dokumentach piszą oficjalnie: zaciągnięcie nowej pożyczki oraz zmiana warunków starej. Brzmi poważnie, ale w praktyce to trochę tak, jakbyśmy poszli do banku i powiedzieli: Słuchajcie, dajcie nam lepszy harmonogram spłat tej starej pożyczki, a przy okazji dołóżcie nam trochę gotówki na ten nowy dach nad basenem.
Czy to dużo? Spróbujmy to przeliczyć na ludzki rozum. Jeśli cały powiat zarabia w roku około 112 milionów złotych (tyle wpływa do jego kasy z podatków, dotacji itp.), to dług w wysokości 10 milionów to tak, jakbyśmy my, zarabiając 10 tysięcy miesięcznie, mieli ratę kredytu na 900 złotych. Do przeżycia. W przyszłym roku dochody powiatu spadną nieco (do 96 mln), a dług urośnie. W naszym domowym przeliczniku: zarabiamy 8 tysięcy, a rata rośnie do 1020 zł. Trochę ciaśniej, ale wciąż daleko od dramatu zabierają mi lodówkę.
Teraz uwaga, ważna rada dla starosty: niech uważa, żeby nie wpaść w pułapkę karty kredytowej. To tak jak z zakupami online – jeden klik, drugi klik, a tu nagle koszyk pełny i dług rośnie jak drożdże. Nie chcemy przecież, żeby powiat obornicki przypominał serialowego bohatera, który zaciąga nowy kredyt, żeby spłacić stary. Dług to jak sól w zupie – trochę może podkręcić smak (inwestycje), ale jak przesolimy, to nie do przełknięcia. Niech pilnuje, żeby ta przyczepa kempingowa nie przerodziła się w planowany zakup jachtu. Bo z długiem jest jak z nawykiem – łatwiej go zaciągnąć, niż się go później pozbyć.























