OBORNIKI. Wydawało się, że po latach sporów, analiz i decyzji wszystko jest już jasne: ruiny dawnego klasztoru franciszkanów przy ulicy Sądowej mają zostać „trwałą ruiną”, bezpieczną, uporządkowaną i wreszcie dostępną dla mieszkańców. Tymczasowe ogrodzenie, zapowiedzi sprzątania i współpracy z biblioteką miały być początkiem nowego rozdziału. Jak to jednak w Obornikach bywa, diabeł – a raczej gruz – tkwił w szczegółach.
Po wcześniejszych perturbacjach wojewódzki konserwator zabytków w końcu wydał zgodę na usunięcie ziemi, zieleni i gruzu z wnętrza klasztoru. Zgoda jednak nie przyszła sama. Przyszła z warunkami, które sprawiają, że całe przedsięwzięcie zaczyna przypominać nie tyle inwestycję budowlaną, co archeologiczną ekspedycję z elementami survivalu.
Najpierw liczby. Okazało się, że w środku ruin zalega około 500 ton gruzu. Pięćset. To nie jest kilka taczek ani nawet kilka kontenerów. To masa, która każe zadać pytanie, jakim cudem te mury jeszcze stoją.
I tu pojawia się kolejny warunek: cały ten gruz ma zostać usunięty ręcznie. Bez koparek, bez ładowarek, bez żadnych maszyn. Do klasztoru nie może wjechać nic, co ma silnik i gąsienice.
Jeśli ktoś marzył o powrocie do średniowiecznych metod pracy – Oborniki właśnie spełniają to marzenie.
Ręczne usuwanie gruzu to jednak dopiero początek emocji. Specjaliści ostrzegają, że po wybraniu ziemi i rumowiska może się okazać, iż ściany, dotąd podparte przez przypadek i historię, stracą równowagę. Istnieje realne ryzyko zawalenia się murów.
Krótko mówiąc: trzeba sprzątać bardzo ostrożnie, bo zbyt dokładne sprzątanie może skończyć się tym, że ruin… zabraknie.
Jakby tego było mało, w trakcie oględzin wnętrza klasztoru odkryto coś jeszcze. W środku budynku wyrosło drzewo. Nie krzaczek, nie samosiej, ale pełnoprawne, dojrzałe drzewo, które najwyraźniej uznało, że ruiny to idealne miejsce do życia. Jego usunięcie nie jest jednak prostą sprawą. Potrzebne są zgody wielu instytucji, procedura jest skomplikowana i czasochłonna, a samo drzewo – jak każdy świadomy swoich praw obywatel – nie zamierza ustępować bez formalnej decyzji.
– Prawdopodobnie Oborniki są jedynym miejscem w Polsce, gdzie należało usunąć dojrzałe drzewo z wnętrza budynku – sarkastycznie zauważył burmistrz Tomasz Szrama, i trudno się z tym nie zgodzić.
Cała historia pokazuje, że ratowanie ruin klasztoru to proces, który wymyka się standardowym schematom. Z jednej strony ambicja, by stworzyć atrakcyjną przestrzeń publiczną, z drugiej – realia konserwatorskie, biurokratyczne i fizyczne. Sprzątanie, które miało być prostym początkiem, okazuje się operacją niemal chirurgiczną, prowadzoną ręcznie, z obawą, że każdy nieostrożny ruch może skończyć się katastrofą.
Na razie więc klasztor czeka. Na ludzi z taczkami, na decyzje urzędów, na los drzewa, które postanowiło zapuścić korzenie tam, gdzie kiedyś modlili się franciszkanie. Jeśli kiedyś w Obornikach powstanie kawiarnia w ruinach, nastrojowe światła i ławki, będzie można powiedzieć jedno: ta droga naprawdę była długa, wyboista i momentami absurdalna. Ale za to bardzo lokalna.























