Albo ja, albo oni

OBORNIKI. Skończył się najdłuższy miesiąc mego życia – tymi słowami zaczął swoje wystąpienie starosta Kazimierz Zieliński. Oświadczył, iż odbył dwa spotkania ze starostą i ten przyjął jego warunki, na jakich zgodziłby się pozostać na stanowisku wicestarosty. Wobec tego doszło do porozumienia i zgody.

Dalej wyjaśnił, iż podlegają mu oświata, Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie i ochrona środowiska. Jakby dla wyjaśnienia sytuacji nie poprzestał na krótkim komunikacie i kontynuując wystąpienie opowiedział zgromadzonym, iż wiedząc, że brak jest środków dla szkół, chodził od drzwi do drzwi, wystawał w sekretariatach ważnych osób, by zdobyć nieco pieniędzy. Było trudno, ale załatwił. Wystarczyło przygotować w starostwie pismo z kilkoma pieczątkami. Tymczasem mu tylko przeszkadzano.

Wydziały ochrony środowiska i inwestycji nie zadziałały. Jeden z naczelników wyraźnie powiedział mi „nie” i słowa dotrzymał. Jedna z pracownic wydziału inwestycji poszła na urlop i nie miał już kto załatwić ważnej sprawy, od której zależało zdobycie środków pozabudżetowych.

Załatwiłem 1200 metrów chodnika za darmo. Nie można było doprosić się załatwienia tej sprawy do końca. To się musi skończyć. Skończyć się też musi prowadzenie w starostwie prywatnej działalności gospodarczej. Nie może tak być, że nikt za nic nie odpowiada - mówił wyraźnie poruszony Zieliński.

Załatwiłem z gminą Oborniki w dwa dni przekazanie działki, a przez dwa miesiące nikt ze starostwa nie mógł zrobić podziału geodezyjnego. Brak odpowiedzialności doprowadził do tego, że papiery łatają po korytarzach. Cofam decyzję o dymisji. Chciałem odejść sam. Nie chcieliście tego. Teraz będzie mnie trudno odwołać - przy tych słowach determinacja starosty była aż nadto widoczna.

Kazimierz Zieliński nie należy widać do osób, którymi można manewrować. Czy jednak da radę w walce z mocno zakorzenioną w tym urzędzie plagą?

W licznym wydziale geodezji i katastru bodaj tylko jeden pracownik nie prowadzi działalności prywatnej. Naczelnik oświaty w godzinach urzędowania dorabia sobie na boku, naczelniczkę ochrony środowiska nie warto o nic prosić, bo i tak tego nie tknie.

Przykłady złej pracy można mnożyć bardzo długo. Kazimierz Zieliński dał czytelny sygnał – albo oni albo ja.

Ma też już pierwsze sukcesy. W przerwie sesji przyniosła mu dokumenty sama naczelnik Ewa Durasiewicz, gdy jeszcze niedawno trudno byłoby je od niej wydobyć. Wicestarosta mógł więc odnotować małe zwycięstwo a i dla sympatycznej pani Ewy jest to nowe doświadczenie.

Podobne artykuły