Zamek w oparach polityki i niedoszła podróż pana Bernarda

Zamek w oparach polityki i niedoszła podróż pana Bernarda

STOBNICA, WARSZAWA. Pełniący obowiązki powiatowego inspektora budowlanego Bernard Błaszkiewicz musi co tydzień jechać do Stobnicy, by wykonać kolejne zlecenie powierzone mu przez swoje poznańskie zwierzchnictwo wojewódzkie.

Za każdym razem nie znajduje na terenie budowy zamku niczego niewłaściwego, co by go degradowało i co tydzień to raportuje. Skoro wyjazdy do Stobnicy nie wnoszą niczego, zaplanowano mu dłuższą podróż.


W tym miejscu właściwym będzie słowo wyjaśnienia, dlaczego nic tam nie znalazł i niczego nigdy nie znajdzie. Nie chodzi tu bowiem o sam zamek, ale o politykę.

Z zamkiem bywał wiązany na różnych etapach twórca wilczego parku, na fragmencie którego posadowiono budowlę, profesor poznańskiego Uniwersytetu Przyrodniczego Piotr Tryjanowski.

Był on też autorem opracowania, na bazie którego wojewódzka dyrekcja Urzędu Ochrony Środowiska wydała kluczowy dokument o braku negatywnego wpływu zamku na środowisko. Ten dokument stał się bazą do tworzenia takich dokumentów, jak warunki zabudowy czy pozwolenie na budowę.

Gdy zamek sobie rósł, profesor Tryjanowski, wielki autorytet przyrodniczy, ostro krytykował wycinkę Puszczy Białowieskiej i decyzje profesora Szyszki. To wywołało zainteresowanie nie tylko samym Tryjanowskim, ale i zaraz potem zamkiem.

Zadanie wyjaśniania sprawy jego budowy otrzymał wojewoda wielkopolski Łukasz Mikołajczyk.

Tu trzeba znowu wyjaśnić, że jego poprzednik Zbigniew Hoffmann ustąpił mu miejsca, gdyż został powołany w skład rządu. Hoffmann, to postać w Wielkopolsce rozpoznawalna i ważna, lecz z czasem zaczął tracić charyzmę na rzecz Mikołajczyka. Popularność tego ostatniego nadspodziewanie szybko rosła.

Hoffmann przebywając blisko ucha ministra Kamińskiego miał się skarżyć na brak oczekiwanych działań swojego następcy w sprawie Stobnicy. To wystarczyło, by Mikołajczyk stracił pracę.

Gdy odwołano pana wojewodę, który nie zadowolił władz w kwestii Stobnicy, nie wykrywszy niczego co pozwoliłoby zablokować dalszą budowę zamku lub nakazać jego rozbiórkę, zaczęto rozglądać się za następcą.

O ile wcześniejsze doświadczenia pokazywały na szybkie wymiany wojewodów, to w tym przypadku długo, bo ponad miesiąc, trwało znalezienie nowego wojewody wielkopolskiego.

Tajemnicą poliszynela stało się bowiem to, że warunkiem dla następcy było „rozwiązanie” sprawy zamku, a żaden z potencjalnych kandydatów nie mógł lub nie chciał tego obiecać.

Miał to „zagwarantować” dopiero oborniczanin Michał Zieliński. Jak obiecał tak uczynił.

Skoro nikt w Wielkopolsce nie znalazł dotąd sposobu na zatrzymanie prac nad kłopotliwą budowlą, postanowiono zasięgnąć języka w samej stolicy. Wydelegował więc do Warszawy szefową wojewódzkiego nadzoru budowlanego, a ta postanowiła zabrać za sobą, oprócz walizki, także powiatowego inspektora budowlanego, czyli Bernarda Błaszkiewicza.

Tu zapachniało dramatem, bo inspektor nie wierzy już w nagłe odkrycie „nieboszczyka w szafie”, a wydanych wcześniej dokumentów nie da się zdeprecjonować.

W tej sytuacji jedynym wyjściem była choroba. Pan Bernard przypomniał sobie, że ma właśnie w planach bardzo ważny zabieg medyczny, więc mu się szybko poddał, wyjechać więc nie mógł, a obecnie jest i pozostanie czas jeszcze pewien na „chorobowym”.

Cała redakcja Obornickiej życzy mu wiele zdrowia, a nasz wywiad już doniósł, że w Warszawie nad „sprawą zamku” pochyliło się aż osiem mądrych głów. Myślano, myślano i niczego, jak dotąd, nie wniosło.

Tymczasem w zamku trwają już prace wykończeniowe, a otaczająca zamczysko przyroda zaakceptowała intruza.

Podobne artykuły