Markiewicz i inni

OBORNIKI.. Jakiś czas temu pisaliśmy o otwarciu w Bibliotece Publicznej wystawy akwarel i szkiców Macieja Markiewicza. A że wszystko co zostaje otwarte z czasem ponoć trzeba zamknąć, tak i przyszedł czas na wystawę.

W miniony piątek miało miejsce jej finisarium. Popularny obornicki artysta podziękował za zainteresowanie wystawionymi przez niego 199 obrazami, wspomniał o transakcji sprzedaży 40 akwarel pewnej instytucji samorządowej i zwykle można by na tym ten komunikat zakończyć, gdyby Maciej Markiewicz nie był Maciejem Markiewiczem. Jako że nie tylko pędzlem i piórkiem on żyje, zaprosił kilku przyjaciół i razem zagrali.

Nim jednak się rozkręcili, licznie przybyli sympatycy pana Macieja mogli posłuchać mini recitalu jego najmłodszego ucznia Kuby Zawala. Później na umowną estradę wszedł najdowcipniejszy na zachód od Uralu transportowiec, aby złożyć śpiewany protest w imieniu sąsiadów Macieja Markiewicza. Nim znalazł w licznych kieszeniach ów memoriał, najpierw wyciągnął piersiówkę a spostrzegłszy, iż nie jest to poszukiwana kartka z tekstem, przełożył ją do innej kieszeni obiecując przeczytać później. Gdy skończyło się przeszukiwanie różnych miejsc oryginalnej marynarki zaśpiewał bluesa i jak nas zapewnił, było to pierwszy raz po zejściu z estrady 23 lata temu.

My z reporterskiego obowiązku dodamy, że głos Lechowi Czabanowi lekko poderdzewiał co jednak dodało bluesowi fantastycznej czarnej barwy a`la Luis Armstrong. W roli drugiego pianisty wystąpił obok Rafała Cichackiego Marek Gidaszewski, przyjaciel pana Macieja od szkolnej ławy w liceum muzycznym i to tak bliski sercu bohatera finisarium, że ten pożyczył mu nawet swą marynarkę! Nie był to jedyny tego wieczoru przyjaciel z instrumentem. Tym drugim był Witek Żuromski, który wsparł mistrza swa gitarą. Przyjaciół przybywało aż w pewnej chwili zagrał pełen sekstet. Nie brakowało rytmów booge – wooge, elementów jazzu i bluesa. Grając znany ragtime Scota Joplina Maciej Markiewicz udowodnił, że może grać różnymi fragmentami swego ciała i to nie zawsze do gry na klawiszach przeznaczonymi.

Nasz ubożuchny opis nie jest w stanie oddać klimatu jaki zapanował na koncercie od samiutkiego początku. Bawili się wszyscy a improwizowane na żywo układy muzyczne były tak dobre jak rogalik z masłem na śniadanie. O Macieju Markiewiczu możemy pisać długo, bo jest on jak markowe wino za każdym rokiem lepszy. Na zakończenie jednak trzeba jeszcze wspomnieć choć słówko o gospodyni biblioteki, która nie tylko uchyliła podwoje tej instytucji, ale i dba o to aby zawsze były szeroko otwarte.

Po latach zastoju biblioteka znów żyje przyciągając coraz szersze grono oborniczan. Finisarium było kolejną imprezą i tak jak na wszystkich poprzednich sala niemal pękała w szwach.

Podobne artykuły