Roman Gierka, ostatni żyjący, 
który przetrwał piekło Hartmannsdorf, kończy 100 lat

Roman Gierka, ostatni żyjący, 
który przetrwał piekło Hartmannsdorf, kończy 100 lat

OBORNIKI. Roman Gierka kończy właśnie 100 lat. Jest najstarszym żyjącym żołnierzem II wojny światowej z ziemi obornickiej, byłym więźniem obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Być może ostatnim, który przeżył liczący 450 kilometrów „Marsz śmierci” z podobozu Hartmannsdorf do KL Buchenwald, dokąd dotarło z tysięcy więźniów zaledwie: 399 wynędzniałych ludzkich wraków, jak skrupulatnie odnotował pisarz obozowy.
Gdyby pokusić się o wydrukowanie jego pełnego życiorysu, zamiast łamów gazety potrzebna byłaby książka i do bardzo gruba.
Urodził się 20 stycznia 1920 r. w Obornikach. Po ukończeniu nauki w szkole powszechnej uczył się w Szkole Wydziałowej w Obornikach oraz Gimnazjum w Poznaniu, gdzie następnie kontynuował naukę w Miejskiej Szkole Handlowej. W 1936 r. wstąpił do harcerstwa, był drużynowym, a potem członkiem Komendy Hufca w Obornikach. Posiada stopień podharcmistrza.
W młodości działał w wielkopolskim harcerstwie, był aktywnym drużynowym drużyny żeglarskiej. Kiedy nadeszła wojna, brał udział w ruchu oporu. Gdy została powołana Tajna Organizacja Harcerska, włączona szybko do Szarych Szeregów, Roman Gierka ps. „Marian” został jej komendantem na powiat obornicki.
Wstąpił do AK. W 1944 roku w powiecie obornickim była wielka wsypa. Tuż przed Powstaniem Warszawskim zaczęły się aresztowania. Dopomógł w tym prowokator gestapo. Gierkę aresztowano 8 sierpnia 1944 roku, gdy Aktion Apfelbach zataczała szerokie kręgi. Śledztwo i tortury w poznańskim gestapo zakończyły się wydaniem wyroku śmierci dla całego podziemia. W gestapo od oficera o nazwisku Amt otrzymał „propozycję nie do odrzucenia”: pójście na współpracę albo wymierzona mu zostanie kara śmierci. Ta ostatnia możliwość mogła być zamieniona na pobyt w obozie koncentracyjnym.
Tak też ostatecznie się stało. Trafił 8 sierpnia 1944 r. do aresztu w Domu Żołnierza w Poznaniu, potem do obozu w Żabikowie, wreszcie do Hartmannsdorfu (obecnie Dolny Śląsk) będącego podobozem Gross-Rosen, skąd ruszył w „marszu śmierci” do KL Buchenwald.
Dzień wcześniej, jak można przeczytać w jego relacji spisanej przez Janusza Skowrońskiego: Matka opowiedziała mu swój sen. Widziała w nim syna, którego czeka daleka, straszna droga, trudności, a w końcu i tak trafiającego do obozu. Nazajutrz Roman pożegnał się z kolegami i nie skorzystawszy z propozycji gestapowca, wybrał „wyśniony” obóz. Jakoś to będzie, ważne jest życie…
14 września 1944 roku został tam numerem 63859. Gierka wspomina Gross-Rosen jak przedsmak piekła, psy, bicie. I poruszanie się biegiem, wszędzie biegiem. Potem na blok. Jak większość, pracował w pobliskim kamieniołomie. Potem budował tak zwany mały obóz oświęcimski, bo Niemcy już w październiku planowali częściową ewakuację do Gross-Rosen więźniów z Auschwitz.
Dostał swój numer obozowy, błędnie zresztą zapisany przez pisarza na liście transportowej. Gdy 13 listopada trafił do filii Hartmannsdorf, już pierwszej nocy ktoś w baraku podmienił mu pasiak na gorszy i zniszczony i ukradł buty z drewnianą podeszwą.
Młody Gierka szybko uczył się nowego porządku w innej rzeczywistości. Otrzymał zadanie drążenia podziemnych korytarzy w skałach dla przyszłej fabryki zbrojeniowej. Warunki potworne, praca po 12-16 godzin, głód, wilgoć, baty wachmanów. Zachorował. Straszna gorączka, ponad 40 stopni. Spędził kilka dni na rewirze, bloku przeznaczonym na prymitywny szpitalik. Uratował go współwięzień, krakowski lekarz Zygmunt Kulig. Po kilku dniach powrócił do sztolni położonych cztery kilometry za obozem. Więźniowie dochodzili tam pieszo, każda zmiana liczyła około setki więźniów. Wyniszczająca, nieludzka praca powodowała dużą śmiertelność.
Raz w tygodniu ciężarówka z Gross-Rosen dowoziła do Hartmannsdorfu pięćdziesięciu nowych więźniów. Z powrotem zabierała zwłoki, więc stan obozu się nie powiększał. W Hartmannsdorfie kapo Nowak z Rawicza bił okrutnie, szczególnie tych, którzy wolno pracowali. Pan Roman sam widział, jak pewnego razu Nowak zbił dwóch Belgów tak, że ci po kilku dniach zmarli. W tunelach nader często dochodziło do obrywania się skał i wypadków. Raz taki odłamek spadł mu na nogę. Miał dużo szczęścia, bo tylko na nogę. Wtedy uwierzył w Opatrzność, w to, że jednak Bóg nad nim czuwa. Ze złamanym palcem stanął na apelu pewnego mroźnego lutowego poranka, kiedy wachmani zarządzili wymarsz z Hartmannsdorfu. Nie wiedział dokąd idzie, nie wiedział, że będzie to marsz śmierci.
Roman Gierka pamięta dokładnie datę wymarszu – było to 16 lutego 1945 roku. Kazano więźniom ustawić się w piątkami w szeregu. Kolumna liczyła ich dwadzieścia. Z przodu i z tyłu wachman z karabinem gotowym do strzału. Poszli na zachód, klucząc po drodze. Spuchnięta noga nie mieściła się w bucie, więc szedł boso, pomimo mrozu poniżej 10 stopni. Kiedy któryś z więźniów z wycieńczenia upadł i został dobity strzałem wachmana, Gierka spróbował wziąć po nim buty. Okazały się za ciasne, więc dalej szedł boso. Udało się za drugim razem. Musiał przy tym uważać, bo esesman z przodu kolumny mógł w każdej chwili odwrócić się i za to go zastrzelić. Ten idący z tyłu kolumny pozwolił mu wziąć buty po kolejnym zastrzelonym więźniu.
Jak sam opowiadał, wyszło ich z obozu prawie tysiąc. Pierwszego dnia doszli do miasteczka Seidenberg (Zawidów), gdzie umieszczono ich w dużej siedzibie tamtejszej Hitlerjugend. Potem nieoczekiwanie wzięli kierunek na południe, do Zittau. Po drodze przeszli obwodnicą Drezna, jak wspomniał pan Roman: Wszędzie czuliśmy unoszący się w powietrzu swąd spalenizny, widzieliśmy dymiące w oddali miasto. Wtedy ktoś z wachmanów powiedział głośno: Dresden. A było to kilka dni po zbombardowaniu miasta przez aliantów.
Po miesiącu, gdy dochodzili do dużego obozu, nikt z więźniów nie orientował się, dokąd dotarli. Do samego końca 450 kilometrowej drogi poruszali się pieszo do KL Buchenwald, pokonując średnio po ok. 26 km dziennie.
Gdy 12 marca przekraczali bramę KL Buchenwald, skrupulatny obozowy pisarz odnotował nadejście z Hartmannsdorfu z ponad tysiąca więźniów jedynie: 399 wynędzniałych ludzkich wraków. Jego zapisano na czwartej stronie po pozycją nr 188.
Byliśmy słabi, po wycieńczającej pracy przy drążeniu sztolni ledwo szliśmy. Ci, co padali, nie mieli siły, by powstać i iść dalej. Wtedy padał strzał. Czasem kilka. Nikt nie zbierał ciał, pozostawiano je przy drodze, czasem usuwano do rowu – wspominał „marsz śmierci” Roman Gierka.
W Buchenwaldzie Roman Gierka przeżył śmierć kliniczną. Z wycieńczenia, głodu i wskutek katorżniczego marszu, gdy doszedł do obozu, ważył niewiele ponad 30 kilogramów. Świadomość wróciła dopiero po pięciu tygodniach.
Wtedy ponownie zrozumiał, że „ktoś” nad nim czuwa. Wiara w Boga pozwalała mu przetrwać najgorsze chwile.
Jak opowiedział Janusz Skowroński, autor książki „Arbeitslager Hartmannsdorf zapomniana filia Gross-Rosen”, gdy więźniów pogoniono w dalszą drogę do kolejnego obozu Roman Gierka został na miejscu udając zmarłego. Gdy nadchodziło komando zbierające trupy dołączał się nierozpoznany do niego.
11 kwietnia, słysząc nadchodzące wojska armii amerykańskiej generała Pattona, więźniowie wzniecili powstanie. Obóz Buchenwald został wyzwolony. Po kilkunastu dniach ktoś wręczył mu dokument. Potwierdził go własnym odciskiem palca. Dwujęzyczny, niemiecko-amerykański ausweis głosił, że jest on wolnym człowiekiem i może wracać do Polski. W Obornikach zjawił się 21 czerwca 1945 roku.
Dwa lata później współtworzył w Obornikach Związek Więźniów Politycznych.
Z zawodu był buchalterem, biegłym księgowym. Pracował w banku, był też dyrektorem Obornickich Fabryk Mebli i Zakładów Drobiarskich. Jest autorem licznych opracowań i biogramów poświęconych mieszkańcom powiatu obornickiego. Sam stworzył 9-tomowy maszynopis zasłużonych mieszkańców ziemi obornickiej. Angażował się bardzo aktywnie w działania różnych organizacji: kombatanckich, sportowych, emeryckich i regionalnych, członek Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej oraz Stowarzyszenia Szarych Szeregów.
Minister Obrony Narodowej mianował Go w 2003 r. na stopień porucznika. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Oświęcimskim, Krzyżem AK, Medalem Wojska, Srebrnym Krzyżem Zasługi dla ZHP z Rozetą i Mieczami.
Autor wielu opracowań historycznych dokumentujących losy mieszkańców powiatu obornickiego w XX wieku takich jak: „Harcerze powiatu obornickiego okresu lat 1918-1945”, „Zbrodnie i dyskryminacja ludności powiatu obornickiego 1939-1945”.
Jest najprawdopodobniej ostatnim żyjącym Polakiem, który przetrwał piekło Hartmannsdorfu. Uznany za zasłużonym dla gmin Oborniki i Rogoźno. Odznaczany, szanowany i podziwiany. Pracował zawodowo do 95 roku życia, gdy złożył ponad 30 stronicową analizę bilansu jednej ze spółek budowlanych, którą badał. Roman Gierka mógłby swoim życiorysem obdarować kilka osób i każda z nich twierdziłaby, że przeżyła ciekawe życie. Nigdy się nie poddał, zawsze wierzył w Opatrzność, a ta go nigdy nie zawiodła.
Trudno jest opisać tak burzliwe, choć i ciekawe, a zarazem długie życie na tak skromnych łamach.
Bardzo wiele osób będzie życzyć Panu Romanowi kolejnej setki, a dołącza się do nich także nasza redakcja.

Podobne artykuły