Kto jeszcze pamięta Bar Pucek?

Kto jeszcze pamięta Bar Pucek?

OBORNIKI. Historia kulinarna Obornik jest nie mniej długa jak historia miasta, a osobny rozdział zajmuje w niej Bar Pucek. Pamiętają go starsi oborniczanie, a młodszym chętnie go przypomnimy. Jego pierwowzór pojawił się w 1984 roku na kąpielisku Żwirki. Bezmięsny wówczas rynek świecił pustymi hakami, więc i menu baru było króciutkie. Odwiedzających go jednak nie brakowało, a władze patrzyły na ten przybytek łaskawie, bo istnienie na kąpielisku „pawilonu gastronomicznego” dowodziło, iż jest to pełen kompleks wypoczynkowy, a i ratownicy mieli się gdzie schronić przed deszczem w razie niepogody.
Gdy na początku lat 90-tych rząd powiedziano, by brać los w swoje ręce, Sławomir Borowiak przeniósł gastronomię na parking do Jaracza i zaczął handlować tam zapomnianą już w czasach PRL kiełbasą z rusztu. Wędlinę kupował w Czarnkowie, bo była tania i dobra, co dosyć rzadko szło w parze. Ile tego sprzedawał? Pamięta, że samych bułek szło do kiełbasy tygodniowo ponad trzy tysiące.
Wreszcie nadszedł dzień w którym Bar Pucek przeniósł się do Obornik i stanął na obecnym terenie stacji paliw Lotos. Teraz kiełbaski zeszły na plan dalszy, ustępując miejsce modnym hot-dogom, a zwłaszcza hamburgerom, do których przybywały prawdziwe wycieczki. Dlaczego jednak Pucek? – Świętej pamięci Lech Czaban widząc jak ciągle coś czyszczę i pucuję nazwał mnie Puckiem, a ja uznałem, że to doskonała nazwa dla baru i tak powstał mój Pucek – tłumaczył Sławomir Borowiak podczas piątkowego spotkania w cyklu „Obornickie Pierdoły”, który ściągnął w szacowne progi biblioteki publicznej kilkadziesiąt osób zainteresowanych kulinarną legendą Obornik. Z tą „legendą” nie ma nawet cienia przesady, bo bar odwiedzali wszyscy, którzy się w Obornikach liczyli lub liczyć chcieli.
To tam zawiązała się pierwsza struktura terenowa Platformy Obywatelskiej, tam formował się chór Cantilena, spotykali się ludzie estrady. Gdy Marcin Samolczyk wracał wraz z Kabaretem Smolenia z wybrzeża Bar Pucek był obowiązkowym przystankiem w trasie. Bywali tam oborniczanie, a czasem nawet np. Norwegowie. Sława baru rosła, aż właściciel terenu stwierdził, że sam taki bar poprowadzi.
Pomysł mu nie wyszedł, a pan Sławek znalazł nową lokalizację na terenie marketu „Złotówka”. Tam zaczął się prawdziwy renesans Pucka, o którym pan Sławek, „przesłuchiwany” przez prezesa Towarzystwa Miłośników Ziemi Obornickiej Grzegorza Jankowskiego opowiadał z ogromną swadą, podczas gdy jego córki przy wsparciu regionalistki i miłośniczki Obornik Katarzyny Kellner roznosiły herbatę z prawdziwego samowara opalanego drewnem.
Można było usłyszeć o osobach, które bywały w Barze Pucek, o odbywających się tam imprezach i spotkaniach, o zdarzeniach wciąż wywołujących melancholijny uśmiech na twarzach słuchających. By wyjaśnić jaką kiedyś Bar Pucek miał markę, dość wyliczyć, że na scenie przed Barem w Dni Obornik występowały takie gwiazdy jak Cezary Pazura, Andrzej Rosiewicz, czy Irena Jarocka, której parę razy wyłączano podczas koncertu prąd, więc zamiast śpiewać opowiadała dowcipy.
Sławomir „Pucek” Borowiak wspominał te czasy popijając kolejną herbatą, mówił jak norwescy chórzyści byli przerażeni tym, iż chcą ich karmić „zepsutą kapustą”, a potem resztki bigosu wygarniali chlebem z dna garnka. O tym, jak pewien lokalny dżentelmen, który pisał słowo burmistrz przez „szcz” oferował mu „ochronę”, o wyjątkowym psie imieniem Dżek, beczce z grecką metaxą i o ogromnej kolekcji kilkuset kufli. W tle grała muzyka z winylowych płyt, Andrzej Gintrowicz ilustrował opowieści zdjęciami z dawnego „Pucka”, co jakiś czas coś dorzucali do wspomnień: Marcin Samolczyk, Zbigniew Tomczak i Marek Szatkowski. To był wieczór nostalgiczny, przywołujący wspomnienia dawnych dni i osób, których już nie ma lub są, ale już nie takie.

Podobne artykuły