Zapomniani ludzie – historia z happy endem

NIECZAJNA. Państwo Krystyna i Henryk Fiklewiczowie z Nieczajny nagle się dowiedzieli, że dom w którym mieszkają i nadal chcą mieszkać, już do tego się nie nadaje, a nawet zagraża ich bezpieczeństwu.

Oboje wkroczyli po długich latach pracy w jesień życia wierząc, że będzie spokojna i choć w miarę zasobna i pewna. Siedemdziesięcioletni pan Henryk rozpoczął pracę w kombinacie rolniczym w Świerkówkach równo 40 lat temu. Dwa lata później otrzymał mieszkanie w budynku znajdującym się na podwórzu w Nieczajnie. Wszystkie siły, a nawet zdrowie, oddal swej spółdzielni. Pracował ciężko, obsługując spychacz i inne maszyny. Jego małżonka uczyła w tym czasie religii w szkole w Wargowie. Pewnego dnia usłyszała, że pracy już nie ma, nie ma też szkoły. Nikt się wówczas o nią nie zatroszczył, jakby nagle przestała istnieć.  Pan Henryk doczekał się skromniutkiej emerytury, bo spółdzielcy pionu rolnego nie byli objęcie składkami ZUS, więc póki mogli pracować, wiodło się im nieźle, a po zakończeniu pracy zostawali z niemal pustymi rękoma i minimalna emeryturą.

Pociechą były skromne dwa pokoje z mikroskopijną kuchenką na piętrze spółdzielczego budynku. Wkładali w nie wszystkie oszczędności, by stara substancja przetrwała chłody zimy i upływ czasu, dając im osłonę na późne lata. Gdy inni starali się o mieszkania, oni trwali w naiwnym przekonaniu, że skoro któryś kolejny prezes obiecał im dożywotnie mieszkanie, to tak będzie.

Pewnego dnia pan Henryk dowiedział się, że majątek jego dawnej spółdzielni przeszedł w ręce poznańskiego przedsiębiorcy. Kolejną informacją była horrendalna podwyżka czynszu, od razu o 300%. Sprzedający majątek kombinatu ostatni prezes zapomniał, że w owym majątku mieszkają nadal ludzie, o których los powinien był zadbać, a jednak nie zadbał.

Gdy spółdzielcy dzielili między siebie miliony, oni zapomniani, wypadli za margines i nikt się o ich byt nie zatroszczył. Z jednej strony były wielusettysięczne odprawy, a z drugiej dwoje ludzi, dla których dotychczasowe 170 złotych miesięcznie za skromny lokalik było dla ich budżetu i tak sporym obciążeniem, ale podniesienie go do 560 złotych, przeraziło oboje.  Zwrócili się do zawiadującej dawnym majątkiem Świerkówek pani Agnieszki, a ta w odpowiedzi wyliczyła im, że mają już zadłużenie sięgające 2000  zł. Skarżyli się, że lokal jest w złym stanie i prędzej wymaga nakładów na remont niż podwyżki czynszu i to nieadekwatnej do jego stanu, lokalizacji i powierzchni.

Poprosili o pomoc znanego w Nieczajnie z dobrego serca ex radnego powiatu Pawła Bździaka. Ten zajął się sprawą trafiając do burmistrza. On poradził, by sprawdził stan budynku Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego.  Pani Agnieszka nie tylko się tym nie zmartwiła, ale wsparła go nawet własnym rzeczoznawcą i obaj stwierdzili, że budynek w tym stanie nie nadaje się do dalszego zamieszkania.

Siedemdziesięciolatek z małżonką znaleźli się na przysłowiowym bruku.  Nie wiedzieli czy nadal płacić wysoki czynsz za lokal, w którym mieszkać im już nie wolno, zastanawiali się nad tym, jak można było im czynsz podnieść, mimo fatalnego stanu mieszkania, ale najbardziej martwiło ich pytanie o przyszłość.  Na szczęście burmistrz o ich kłopocie pamiętał. Piotr Woszczyk porozumiał się z panią Agnieszką, a ta zgodziła się pokryć koszt remontu lokalu, jaki burmistrz znajdzie dla państwa Finklewiczów w puli lokali socjalnych.

Zamiast spokojnej starości w domu, do którego przywykli, czeka ich przeprowadzka do nowego mieszkania w innym środowisku niż dotąd. To niepotrzebna perturbacja w jesieni życia. Ktoś o nich zapomniał. Potem na szczęście ktoś o nich zadbał i trzeba mieć nadzieję, że przywykną do nowego otoczenia i nadal żyć będą skromnie i pogodnie jak dotąd.

Podobne artykuły