Zabiła go ukryta w zadku kokaina?

OBORNIKI. Choć nikt nam nie chciał tego oficjalnie potwierdzić, wiemy dosyć dokładnie, z jakiej przyczyny zmarł w celi obornickiej komendy policji pewien aresztowany mężczyzna. Zanim jednak do tego przejdziemy, warto się cofnąć o kilka dni wstecz, by przedstawić zmarłego Jacusia oraz jego kompanów.

Opowieść tę trzeba zacząć od przedstawienia pewnego drobnego cwaniaczka rodem z Rogoźna, niejakiego Legusia. Leguś czasem coś komuś rąbnął, przy okazji gdzieś od kogoś ileś wyłudził, ale najczęściej zarabiał na swe życie pośrednicząc w handelku prochami.

Niestet,y naturę miał raczej złodziejowatą i to naraziło go na duże kłopoty. Jego zleceniodawcy zauważyli, że diler okrada ich na towarze i skubie na gotówce. Na domiar złego łgał im w żywe oczy, że tak nie jest, co mocno podrywało im autorytet. Gdy dokonali wreszcie podliczenia, wyszła im całkiem okrągła sumka, jaką w ich mniemaniu Leguś miał zwędzić. Zadzwonili do niego żądając szybkiego zwrotu całej kwoty. Gdy minął wyznaczony termin, ruszyli jego śladem.

Leguś, czując zbliżające się kłopoty, umknął aż do Obornik- sądząc, że w tak ?dużej metropolii? nikt go nie odnajdzie. Nic bardziej mylnego. Wysłani przez szefów żołnierze ruszyli tropem Legusia i nie spuszczali go z oka. Na czele grupy ekspedycyjnej stanął właśnie Jacuś. Towarzyszył mu Duruś, który opuścił niedawno więzienie po 15 latach odsiadki za zabójstwo taksówkarza w lesie pod Kowanówkiem. Zabrali jeszcze dwóch mniej doświadczonych i mniej rozgarniętych mięśniaków i zasadzili się na Legusia.

Długo to nie trwało, bo spotkali go na jednej z obornickich ulic. Tam bez ceregieli, po kilku ciosach łomami, zarzucili mu worek na głowę i wrzucili biedaka do bagażnika. Wywieźli pod Oborniki, do stojącej na uboczu szopy, by w spokoju zapytać, gdzie zamelinował ich pieniądze i prochy.

Leguś twierdził uparcie, że nic nie ma, a oni wciąż naciskali, nie żałując łomów, butów i pięści. Aby czasem nie pomyślał, że sobie żartują, przewiercili mu wiertarką obie dłonie. Gdy łomy i wiertarka nie wystarczały do wydobycia zeń informacji o ukrytych pieniądzach, której zapewne, tak jak i pieniędzy, nie posiadał – postanowili go spalić. Polali biedaka olejem napędowym, ale nie wiedzieli, że ropy zapałką się nie rozpali.

W czasie, gdy torturowali Legusia, ktoś zawiadomił policję o porwaniu w biały dzień, a stróże prawa nie zmarnowali ani minuty. Ruszyli świeżym tropem i to zapewne uratowało Legusiowi jego marne życie. Gdy oprawcy próbowali rozniecić ropę, zorientowali się, że policja jest blisko, więc jedynie pozbawili swą ofiarę przytomności przy pomocy tęgiej pałki, następnie ponownie wrzucili go do bagażnika i ruszyli w stronę Poznania. Tam wyładowali biedaka gdzieś przed centrum handlowym Plaza, nie sprawdzając nawet czy jeszcze żyje.

Odszukanie bandziorów nie było dla obornickich policjantów żadnym problemem. Sprawcy porwania i pobicia szybko zostali ustaleni i niedługo potem ujęci. Jacuś wiedząc, że zatrzymanie go to już tylko kwestia czasu, umieścił sobie w zadku czterogramową porcję czystej kokainy.

Wiedział, że szybko na wolność nie wyjdzie. Na domiar złego nie wiedział też o co zostanie oskarżony. O porwania, więzienie i pobicie, czy o zabójstwo. Jego wyrok mógł opiewać na kilka lat, do dożywocia włącznie. Długo nie musiał czekać na zatrzymanie, bo policjanci zjawili się po niego i odczytali mu jego prawa. Na koniec odwieźli go komendy Policji wraz z koką umieszczoną tam, gdzie słońce nie dociera.

Gdy po wstępnej rozmowie trafił wreszcie na dołek, postanowił się zrelaksować albo zakończyć życie ?złotym strzałem?. Jak udało się nam dowiedzieć, miał on pewną skłonność do samookaleczenia. Gdy poprzednio go aresztowano, miał mieć schowany we włosach ułomek żyletki i tym ostrym kawałkiem stali próbował sobie podciąć w celi żyły. Wtedy go odratowano. Tym razem nie było na to żadnych szans.

– Po zażyciu 4 gramów kokainy człowiek przez chwilę widzi kolorowe obrazy i słyszy anielską muzykę. Jego serce bije coraz mocniej i mocniej i nie może zwolnić aż wreszcie pęka – opowiedział nam znający się na tym terapeuta.

Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, Jacusia rzucało po za zażyciu po celi aż wreszcie padł, nim ktokolwiek zdołał spróbować mu pomóc. Bliska Jacusiowi osoba próbowała oskarżyć o zabójstwo w celi jednego z obornickich policjantów. Na dodatek najpoczciwszego w całej komendzie, który tego właśnie dnia miał urlop.

Dlaczego właśnie jego – bo to on zajmował się Jacusiem od młodych lat, po każdej jego sprawce. Im dłuższa była kartoteka Jacusia, tym lepiej znał go ów policjant, ale choć starał się mu pomóc, niczego nie zdziałał. Skutek obmowy był taki, że grupka młodych ludzi, nie znając faktów, zniczami starała się upamiętnić zejście pana J.

Reszta jego kolesiów czeka teraz na wynik trwającego w ich sprawie postępowania. Tymczasem Leguś już nie jest ich ofiarą a dla odmiany świadkiem i poszkodowanym. Wiele wskazuje na to, że jego oprawcy przez bardzo długi czas nie zażyją świeżego powietrza.

Podane w tekście ksywki nie są prawdziwe.

Podobne artykuły