Na Czarnkowskiej krzaki i złodzieje

OBORNIKI. Mieszkańcy domów, należących kiedyś do nieistniejącego już tartaku, przeżywają stres ruszając rano samochodami do pracy. Wyjazd na ul. Czarnkowską bez doprowadzenia do zderzenia czy kolizji zakrawa na cud. Krzaki rosnące wzdłuż drogi są zbyt wysokie, by zobaczyć jadących szosą. Trzeba przodem pojazdu wyjechać na jedną z najbardziej ruchliwych ulic w Obornikach. 

– Wszyscy sąsiedzi mieli chyba tam stłuczkę. Mój syn minął się o centymetr z innym samochodem i to tylko w ostatnim czasie – opowiadała nam jedna z lokatorek. 

Odpowiedzialnym za roślinność jest zarząd dróg wojewódzkich, któremu podlega Czarnkowska. W Czarnkowie, gdzie się mieści, urzędnicy unikają telefonów mieszkańców Obornik, więc ci nie wiedząc co począć i chodzą z pretensjami do magistratu. – To urząd miasta powinien interesować się problemami mieszkańców. Skrupulatnie dzwonie do nich co dwa tygodnie, by im przypomnieć o tym problemie. Gdy ostatnio powiedzieli mi, że nie mają sprzętu, powiedziałam pani Wójcik: niech pani weźmie nożyce i pójdzie z koleżankami to ściąć. Przyszły na następny dzień – opowiadała nam jedna z lokatorek byłego tartaku. Jednak interwencje najczęściej nie przynoszą żadnego skutku i raz po raz dochodzi do stłuczki. 

Inną ważną dla mieszkańców sprawą jest ustawienie lamp na drodze do ich mieszkań. Jest to jedno z ostatnich miejsc w pobliżu centrum Obornik bez oświetlenia. – Złodzieje często do nas przychodzą. Kradną głównie anteny satelitarne i piorunochrony. Wezwaliśmy policję, gdy przestępcy w środku nocy chodzili nam po dachu i zdarzyła się zabawna historia. Funkcjonariusze przyjechali zamiast do nas, to pod pobliską myjnię samochodową. Co im się dziwić, sami byśmy nie zauważyli własnych domów po ciemku, jakbyśmy nie wiedzieli, gdzie stoją – mówili nam mieszkańcy. 

Gmina, mimo usilnych starań mieszkańców, nie zaplanowała postawienia na drodze do nich choćby jednej latarni, pozostawiając ich przysłowiowym egipskim ciemnościom i kryminalistom.

Podobne artykuły