Burmistrz Obornik skazany na karę więzienia

OBORNIKI. We wtorek 29 maja burmistrz Obornik Tomasz Sz. został skazany przez poznański Sąd Rejonowy Grunwald-Jeżyce na karę ośmiu miesięcy więzienia, grzywnę w kwocie 4000 złotych oraz zapłacenie kosztów procesu. 

Karę więzienia sąd Tomaszowi Sz. zawiesił tytułem próby na okres dwóch lat, a wyrok nie jest jeszcze prawomocny, bowiem tak prokurator jak i skazany czekają na jego uzasadnienie, aby podjąć decyzję o ewentualnym wniesieniu apelacji. 

Z uzyskanych przez nas informacji wynika, że prokurator uważa, że kara dla burmistrza jest zbyt łagodna w odniesieniu do powagi i skutków popełnionego przestępstwa. Najprawdopodobniej wniesie więc apelację, żądając podwyższenia kary więzienia. Co postanowi Tomasz Sz. trudno przewidzieć. 

Rozprawa sądowa trwała kilka lat. Zanim do niej doszło, przez długi czas trudno było uzyskać relacje od poszkodowanego Michała K., przebywającego w szpitalu, w stanie określanym jako ciężki. Ostatecznie prokuratura wszczęła postępowanie przeciwko Sz., przedłużając je jednak ze względu na ciągle zły stan zdrowia poszkodowanego.

Aby to zrozumieć, trzeba się przenieść do dnia 6 listopada 2008, gdy około godziny 18:15 na skrzyżowaniu ulic Lutyckiej z Dojazd w Poznaniu Tomasz Sz., jak już stwierdził sąd, naruszając zasady bezpieczeństwa w ruchu drogowym spowodował wypadek drogowy. 

– Zbliżając się do skrzyżowania swym Volkswagenem Bora nie zachował szczególnej ostrożności i jadąc z prędkością nie zapewniającą panowania nad pojazdem najechał na tył stojącego z zamiarem wykonania manewru skrętu w lewo kierującego rowerem Michała K. Ten uderzony przeleciał na lewą stronę jezdni uderzając w jadący z kierunku przeciwnego samochód Iveco – tak napisał w swym raporcie specjalista sekcji ruchu drogowego komendy miejskiej policji. Tomasz Sz. protokół podpisał. 

Biegli spierali się co prawda potem, czy Sz. jechał ponad 100 na godzinę, czy nieco poniżej setki, choć nie to było najistotniejsze, skoro stwierdzono już wcześniej, że prowadził z prędkością, która nie zapewniała kierującemu panowania nad pojazdem. 

Pierwsze oględziny poszkodowanego potwierdzono zapisem: skutkiem wypadku Michał K., doznał złamania kości udowej nogi i złamania kręgosłupa na wysokości V kręgu piersiowego. Uderzenie spowodowało u niego także naruszenie czynności narządów wewnętrznych ciała. 

Potem był niemal półroczny pobyt w szpitalu, kilka operacji i długa rehabilitacja trwająca do dzisiaj, która pozwoliła poszkodowanemu co prawda na swobodne poruszanie, choć już raczej nigdy nie odzyska on pełnej sprawności sprzed wypadku, zostając na stałe inwalidą. 

Poszkodowany przez burmistrza jest dziś 34-letnim doktorem nauk przyrodniczych. Miał zawsze dwie wielkie pasje. Jedną z nich była nauka a drugą rower. W Instytucie Genetyki Roślin pisał w dniu wypadku pracę doktorską, a w wolnych chwilach jeździł na rowerze. Znali go zarządcy dróg i dziennikarze. Ilekroć potrzebowali opinii w sprawie bezpieczeństwa cyklistów na drodze lub  w sprawie stanu dróg rowerowych, zwracali się o wypowiedź do pana Michała. Na swym rowerze przejechał przez wiele krajów i kontynentów.

Jego doskonale wyposażony rower radził sobie z każdą drogą a doskonała kondycja Michała pozwalała mu na tanie i zdrowe zwiedzanie świata. Teraz to już przeszłość, po której pozostały mu jedynie wspomnienia oraz kolekcja zdjęć z tras alpejskich, Peloponezu, Stanów Zjednoczonych, Australii i innych zakątków globu.

Jego tragedię Tomasz Sz. bagatelizował od samego początku. Dowodem mogą być słowa poszkodowanego: tylko z protokołu wiem, że przeleciałem około 40 metrów po jezdni i wpadłem na samochód nadjeżdżający z przeciwka. Byłem nieprzytomny. Resztę szczegółów znam również z dokumentów policji i biegłego. Gdy leżałem pokrwawiony na asfalcie otoczyli mnie kierowcy wysiadający ze swych aut. Bardzo szybko pojawiła się policja. Nie podszedł do mnie jedynie sprawca wypadku. Może sądził, że już nie żyję? W czasie, gdy ja tam leżałem on usunął i ukrył tablicę rejestracyjną. Ten pan przyjechał do mnie potem do szpitala. Mnie jednak nie odwiedził. Sprawdził jedynie w dyżurce czy żyję. Nigdy nie usłyszałem żadnego przepraszam. 

W jednym z wywiadów, w listopadzie 2010 roku, Tomasz Sz. stwierdził: osoby kompetentne, czyli biegli sądowi stwierdzili na podstawie ekspertyz, iż wersja podana przez rowerzystę budzi wątpliwości. Nie wierzę, by wyrok sądu byłby dla mnie niekorzystny. 

Sąd znalazł jednak dość dowodów na to, aby uznać Tomasza Sz. za winnego. Winnym uznali go też policjanci, karząc łamiącego prawo drogowe Sz. tylko w 2008 roku mandatami karnymi w dniu 13 stycznia za złamanie przepisów – 100 złotych, 12 października za przekroczenie szybkości o 50 km/h – 300 złotych, 20 października za podobne przekroczenie szybkości – 400 złotych. To niezbite dowody na to, z jaką nonszalancją i z jakim brakiem poszanowania dla prawa drogowego jeździł sobie obecny burmistrz Obornik.

Gdy ruszył proces, Sz. wynajął jednego z najlepszych adwokatów.  Zaczęła się gra na zwłokę, bo Tomasz Sz. rozpoczynał karierę polityczną i samorządową. Niebawem miał stanąć ponownie do konkursu na dyrektora obornickiego ogólniaka. Przygotowywał się też do startu w wyborach samorządowych. 

Obrońca Tomasza Sz. zażądał kilku opinii biegłych. Sąd wysłuchawszy argumentów obrońcy powołał biegłego a biegły przez pół roku nawet nie ruszył z miejsca. Przygotował wreszcie opinię, w której zamieścił miedzy innymi dywagację na temat, czy człowiek stojąc pełną stopą na ziemi i trzymający rower pomiędzy nogami jest jeszcze rowerzystą czy już pieszym. Wyliczył jednak, że Tomasz Sz. mógł jechać ulicą Lutycką z szybkością nawet ponad 120 km/h, a jest to teren zabudowany i maksymalna szybkość to 50 km/h.

Sąd zamówił kolejną opinię. Jak nas poinformowano w sądzie rejonowym w Poznaniu, miała być ona gotowa do połowy grudnia, ale przygotowano ją z poważnym opóźnieniem. Potrzebna też była opinia doktora Janusza Kołowskiego – biegłego z zakresu medycyny sądowej, który ustalał w jakim zakresie poszkodowany w wypadku ma ograniczenia ruchowe i zdrowotne do podjęcia pracy.

– Mam na tyle skromnie środki, że nie stać mnie na solidną a bardzo potrzebną rehabilitację – tłumaczył przed sądem sam pokrzywdzony. Przez pół roku (okres maksymalny) był na zwolnieniu lekarskim, potem przeszedł operację ortopedyczną i znów kolejne pół roku był na zwolnieniu. Podjął pracę i wykonuje ją nierzadko przy pomocy dwóch młodych doktorantek.

Obrońca zażądał przesłuchania kolejnych świadków i kolejnych biegłych, a sąd dopuszczał owe żądania, aby nie dać podstaw do skutecznej apelacji. Czy mimo wszystko do niej dojdzie? Raczej tak, bo prokurator nie jest zadowolony z wyroku, gdyż przestępstwo, którego dopuścił się Sz. podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. 

Obrońca burmistrza Obornik będzie zapewne dążył do złagodzenia wyroku, choć w świetle dowodów raczej trudno je będzie uzyskać. Można będzie uzyskać jedynie nieco czasu do uprawomocnienia wyroku, a ten czas jest burmistrzowi potrzebny dla realizacji politycznych planów.

Nie bez znaczenia będą ogromne koszty, które spadną na skazanego. Przy nich grzywna w wysokości 80 stawek dziennych po 50 złotych każda to jeszcze nic w porównaniu z kosztami kilkuletniego procesu. Chociaż poszkodowany na razie o tym nie mówi, trzeba się liczyć z kolejnym procesem – tym razem cywilnym – o odszkodowanie i ustalenie świadczenia rentowego. 

Nie da się także uciec przed pytaniem, co zrobi burmistrz w razie uprawomocnienia się wyroku. Czy wystarczy mu godności, aby odejść z urzędu, czy też będzie przy nim trwał trzymając się kurczowo steru, wynajdując jakieś prawne ku temu uzasadnienia. 

Gdy tylko sąd napisze uzasadnienie wyroku, przedstawimy je na naszych łamach.

Podobne artykuły