Oszuści z Rożnowa, Grzegorz Ł. i Adrian L., przyznają się do nabrania ponad 1000 osób i firm na setki tysięcy złotych

ROŻNOWO, OBORNIKI, ROGOŹNO. Kim jest doktor prawa Artur Renard? Kim dr Artur Renn Mocny? Któż to jest dr Artur Renard czy profesor Greg Redo, a czasem po prostu Anna Blich? Są to osoby nieprawdziwe, nieistniejące, stworzone przez, bodaj największego oszusta i hochsztaplera Ziemi Obornickiej oraz okolic, ukrywającego się obecnie w Rożnowie Grzegorza Ł. 

Jako dr prawa Artur Renard miał rzekomo prowadzić potężną kancelarię z oddziałami w Polsce, Austrii, Czechach i Rosji. Ostatni oddział „otwierał” w Berlinie, gdy wkroczyła policja, przerywając obiecującą ekspansję.

Choć taki człowiek jak dr Artur Renn Mocny nie istnieje, to stworzone przez niego dla celów oszukańczych ogłoszenia firmy Proxy wciąż krążą w internecie, przysparzając mu naiwnych klientów. Jednym z nich był miedzy innymi przedsiębiorca, który zawierzył Grzegorzowi Ł., i stracił na tym 30 tys. zł. 

Jesienią zeszłego roku biznesmen szukał środków na rozwinięcie firmy. Potrzebował 2,5 mln zł. W internecie znalazł ofertę banku z centralą w Berlinie. Na pierwszego maila przedsiębiorcy odpowiedział dr Artur Renn Mocny. Po kilku wysłanych wiadomościach ustalono, że chodzi o pożyczkę, którą trzeba będzie jedynie ubezpieczyć. Ale tu nie miało być kłopotu, bo dr Renn Mocny był także „przedstawicielem” potężnej firmy ubezpieczeniowej. 

Przedsiębiorca spotkał się rzekomym z przedstawicielem niemieckiego banku „doktorem nauk prawniczych” i jego asystentem – synem swej konkubiny Adrianem L., który został przedstawiony jako właściciel kancelarii prawnej. Miał on zagwarantować, iż zawierana umowa jest zgodna z przepisami. Podpisanie umowy kredytowej przebiegło sprawnie, a przedsiębiorca przekazał 30 tys. zł gotówką, jako pierwszą ratę ubezpieczenia kredytu. Tydzień później dostał maila, że kredyt został przyznany i niedługo ustalona kwota zostanie przelana na wskazane konto. Czas płynął, a pieniędzy nie było. Próby kontaktu z bankiem nie dawały efektu. Przedsiębiorca o sprawie zawiadomił policję. 

Obaj mężczyźni w prokuraturze usłyszeli zarzut oszustwa. Żaden jednak do winy się nie przyznał. Grzegorz Ł., stwierdził, że owszem zna Renn Mocnego i to od niego wziął zlecenie na udzielanie kredytów. A pieniądze za ratę ubezpieczenia już oddał, co było zresztą wierutnym kłamstwem. 

Rożnowianin Adrian L., z kolei wyjaśnił, że nie zna Grzegorza Ł., tylko doktora Renn Mocnego i on zatrudnił go, jako kierowcę. 

Tymczasem mieszkaniec rożnowskich Winiar Adrian L., jest nie tylko wiernym uczniem oszusta, ale także niezłym hochsztaplerem. W internecie widnieje jego wizytówka: działalność usługowa prawnicza. Pisma i porady z zakresu prawa cywilnego, pracy, gospodarczego. Zawieszanie kredytów, kredyty oddłużeniowe. Negocjacje z wierzycielami. Mediacje, zapisy na sąd polubowny. Adres: Winiary Kod pocztowy: 64-600 Miasto: Oborniki. Grzegorz Ł., zamieszkał z jego matką, grabiąc ją przy okazji z majątku i wziął Adriana pod swoje skrzydła, jako wspólnika w oszukańczym fachu. 

Oszustom grozi do 8 lat więzienia. Dla obu, a szczególnie dla Grzegorza Ł., nie jest to jednak nic nowego. Prawa uczył się przez krótki czas na uniwersytecie. Wiele się tam nie wyuczył, bo w rozmowie z klientami rzucał na lewo i prawo paragrafami, które były tak samo autentyczne jak banknot czterozłotowy. Jednak w różnych więzieniach i aresztach zdobył solidną praktykę. 

Robił na potencjalnych klientach wrażenie  reklamą swej firmy prawniczej. Na zdjęciu pewny siebie w ciemnych okularach i z ogromnym cygarem w ustach. Obok zachęta – Sam jestem zamożny, apolityczny, niereligijny – to pozwala inaczej dbać o interesy klienta. Mam wrogów. Biznes to dżungla – pisał oszust sam o sobie w jednym z ogłoszeń.

Od czterech lat ukrywał się przed policją, która miała odstawić go do więzienia. Dostał sześć lat za udział w zorganizowanej grupie, która na koncie miała wielomilionowe oszustwa. Część wyroku nawet odsiedział, ale potem miał przerwę w odbywaniu kary, w związku utratą zdrowia. Za kratki już nie powrócił.

Wolnością cieszył się jednak tylko jakiś czas. Namierzyła go specjalna grupa pościgowa policji, która szuka ukrywających się przestępców, a w której pracował także policjant z Rogoźna. Półtora roku temu zatrzymano oszusta. Miało to miejsce na skrzyżowaniu dróg w Obornikach. To tam zakończyła się wielka kariera doktora prawa Artura Renn Mocnego, vel Artura Renarda, vel profesora Grega Redo vel Anny Blich, bo i pod tym pseudonimem dokonywał oszustw. 

Jego auto zostało zatrzymane na środku drogi przez policjantów. – Cała akcja była przeprowadzana w tajemnicy. Nie wiedzieli o niej nawet policjanci z naszej komendy powiatowej – przyznał wówczas Marcin Marcinkowski, rzecznik prasowy obornickiej policji. Zatrzymania dokonała specjalna grupa policjantów z Komendy Wojewódzkiej w Poznaniu. Nie spodziewał się tego. Policjanci wkroczyli do akcji w chwili, gdy auto zatrzymało się na skrzyżowaniu. Wyprzedził go policyjny samochód blokując jazdę na wprost. Z tyłu zajechał drugi samochód. Zanim Grzegorz Ł., przypomniał sobie wszystkie swoje nazwiska, funkcjonariusz wywlókł go z auta i rzucił na ziemię. Po chwili klęczał na jego plecach zakładając mu na przeguby chciwych dłoni stalowe kajdanki. Pozostali funkcjonariusze obstawiali akcję z bronią w ręku. 

Młyny polskiej sprawiedliwości mielą wolno i nierzadko gubiąc ziarno. Grzegorz Ł., i Adrian L., są wciąż na wolności. Mieszkają spokojnie w Rożnowie wciąż kombinują, a wiemy to stąd, że do naszej redakcji, co jakiś czas zgłaszają się ich kolejne ofiary. Obaj panowie maja duży rozmach, a świadczyć może o tym ich najnowsza inwestycja. 

Zanim jednak do niej przejdziemy, trzeba włączyć do tej historii matkę Adriana Ł. Dorotę L. Zna ją niemal całe Rożnowo. Przez lata mieszkała z mężem i dwójką dzieci pracując w rolnictwie. Wykształcenia nie zdobyła, bo pierwszy raz matką została jeszcze w czasie nauki. Po śmierci męża, jej źródłem utrzymania stała się sprzedaż działek. Ziemi było sporo i pewnie żyła by z niej dostatnio do końca życia. Niestety, poznała Grzegorza Ł. i związała się z nim.  

Jak zdołaliśmy się dowiedzieć, wyłudził od niej pieniądze przez podstawionego kolegę „biznesmena”, który pożyczył od pani Doroty na spory procent, jednak zamiast dać jej zarobić, zniknął z gotówką.

Rekompensatą za straty miała być inwestycja w jej ogródku. Po wyburzeniu starej stodoły zaczął budować na nazwisko Doroty L., nie mniej ni więcej tylko… klinikę rehabilitacyjną.   Prace ruszyły szybko i bez żadnego pozwolenia w miejscu obory stanęła reklama Businessclickna i dziko 450 metrowa pierwsza kondygnacja obiektu. 

To było kolejne oszustwo, bowiem inwestorzy nie zapłacili za materiały kilku obornickim hurtowniom, pewnej firmie z Rudy, a za robotę obornickim rzemieślnikom. Nie zapłacili nikomu z wyjątkiem jednej z hurtowni, bowiem pracował w niej jej drugi syn i nie wypadało nacinać firmy, która żywi jej dziecko.

Część wierzycieli w porę zorientowała się w czym sprawa i wystąpili z pozwami do sądu. W połowie stycznia komornik sprzeda ostatnie półtora hektara ziemi położonej atrakcyjnie nieopodal drogi krajowej pomiędzy Rożnowem, a Kowanowem. 

Jednocześnie Grzegorz Ł., z Adrianem L., wystawili zajęty grunt w Internecie starając się sprzedać działkę jeszcze przed komornikiem.  Formalnie tego zrobić się nie da, ale dla oszustów każdy sposób jest dobry, aby kogoś wykiwać. 

Swego czasu Adrian zapragnął wywiesić baner reklamujący jego „usługi prawnicze” podczas koncertu pewnej gwiazdy. Miał za to zapłacić 30 tysięcy. W agencji przy ul. Piłsudskiego w Obornikach wpłacił na konto organizatorów koncertu 30 złotych a następnie tak spreparował dowód wpłaty, że dopisał na nim trzy zera i taki dowód wysłał faksem. Próżno czekał organizator na swoje pieniądze, a Adrian osiągnął to, co chciał.  

Oszukanych przez niego jest wielu. 

Tu można wspomnieć o osobach zatrutych włośniem z pewnej połajewskiej masarni, którym Adrian L., obiecał pozwy zbiorowe i wysokie odszkodowanie o ile wpłacą mu zaliczką po 1000 złotych. Nie było pozwu, a zaliczki przepadły. 

Najczęściej oszukuje on na niskie kwoty, aby się oszukanym nie chciało go ścigać. Jeżeli już taki zechce zwrotu, znający się nieźle na informatyce oszust nęka go mailami, smsami albo umieszcza w Internecie na jego temat różne wstrętne newsy. Do niedawna czuł się za to bezkarny. Dziś za tak zwany stalking można iść do więzienia.

Bronią się coraz lepiej sami oszukani. Wśród poczty dotyczącej Grzegorza Ł., przeczytaliśmy i to: potwierdzam z całą stanowczością, że Grzegorz L., pod obietnicą pożyczki wyłudza pieniądze na uruchomienie polisy na życie pożyczkobiorcy. Następnie w białych rękawiczkach i w obliczu prawa kpi sobie z osób, które dokonały wpłaty.

– A mnie wydymali z Adrianem L., i do dziś nie mam kasy i jakichkolwiek sposobów by się ci panowie nie imali postaram się, aby gdziekolwiek trafię na ich oferty opiniować negatywnie i przestrzegać przed panem panie Redo, vel Ł.. czy Hofner czy nawet Blich.

– Mam nadzieję, że policja znajdzie dupę G.Ł i odpowiednio ją potraktuje gdyż uprzedziłem go, że jeśli w wyznaczonym terminie nie dostanę zwrotu powiadomię o przestępstwie jakim się on zajmuje.

Pewny dotąd oszust traci coraz bardziej grunt po nogami. Traci też cierpliwość i twarz. Patrząc na jego zdjęcie z więzienia trudno poznać, że to ten sam człowiek. Brak mu opalenizny na pełnej twarzy, ciemnych okularów i wielkiego cygara. Ma zgarbioną sylwetkę, smętną minę i  wychudłą twarz okoloną wiankiem siwych włosów. 

Nie poleca już usług pośrednictwa doktora nauk prawniczych. Nie oferuje – „analiz behawioralnych i prawnej oraz psychologicznej pomocy osobom fizycznym i osobom prawnym, które popadły w finansowo prawną, zatem też życiową opresję” – jako profesor Greg Redo. Sam popadł w opresję i zaszczuty, niczym bura suka zagnana w róg podwórka, odszczekuje się w internecie słowami samozwańczego doktora i profesora nauk więziennych: teraz ja powiem! Wydymałem ponad 1000 osób i firm bo byli ode mnie głupsi. Od was wziąłem jakieś grosze na jedzenie dla moich czterech psów. Dlaczego tylko od 300 do 4000 tys. zł.? Bo jesteście nędzarzami buce. Co możecie mi zrobić chamy? Nic. A artykuły w gazetach? A cóż to – nagle gazetom wierzycie? 

My dodamy – a Grzegorzowi Ł., wierzycie?

Podobne artykuły