Połamany pięcioletni chłopczyk cierpi, matka oskarża szkołę o brak opieki

KISZEWO. Decyzja rządu, zaaprobowana przez większość w sejmie, o tym, że do pierwszej klasy w szkole zaczną chodzić sześciolatki, skutkowała także tym, że do zerówki poszły pięciolatki. Protestowali przeciwko temu rodzice w całym kraju, pisano petycje, podkreślając że szkoły nie są do tego przystosowane. Rządzący na siłę przeprowadzili „reformę” za którą niestety muszą płacić dzieci. Dopiero teraz, zapewne w obliczu wyborów i rosnącego niezadowolenia społecznego, minister oświaty mówi o zmianach. Tegoroczne pięcio- i sześciolatki jednak tego nie rozumieją.

W obornickich szkołach można spotkać zagubione, płaczące dzieci, które sięgają dorosłym do kolan. Rocznikowo mają pięć lat, tak naprawdę niektóre zaledwie cztery i pół. Potrącane, z ledwością mogące skorzystać z niedostosowanych dla niech toalet znajdujących się daleko od sal, budzą litość i zażenowanie, że rządy dorosłych mogły je skazać na taką udrękę. Oczywiście nie we wszystkich szkołach jest źle, znamy chlubne wyjątki, ale w większości placówek szara rzeczywistość jest momentami przerażająca.

Mieszkanka Kiszewka, Beata Dolata, matka czworga dzieci, w czwartek 8 września przed południem otrzymała niepokojący telefon ze szkoły w Kiszewie, do której od 1 września na mocy nowej ustawy poszedł jej 5-letni syn Filip. Jeden z nauczycieli przekazał jej, że zdarzył się wypadek z udziałem Filipka. 

Kobieta nie zastanawiała się długo. Podrzuciła resztę dzieci do uczynnej sąsiadki, wsiadła na rower i zaczęła pedałować ile sił w nogach w kierunku szkoły. Gdy tylko wyjechała z domu na drogę, zatrzymał ją zielony maluch wiozący synka. Samochodem kierowała matka innego ucznia.

Panią Beatę oblał zimny pot. Chłopczyk był spuchnięty i nie mógł ruszać lewą ręką. 

Bojąc się o życie dziecka poprosiła sąsiada o podwiezienie do szpitala w Obornikach. Tam, po zbadaniu chłopczyka, okazało się, że ma złamaną rękę w dwóch miejscach z przemieszczeniem w nadgarstku i w łokciu.

Ze względu na brak chirurga dziecięcego w Obornikach lekarze postanowili przewieźć Filipka na oddział dziecięcy w szpitalu przy Krysiewicza w Poznaniu. 

Tam okazało się, że 5-latek potrzebuje natychmiastowej operacji. Wykonano ją około godziny 21. 

Filip wrócił do domu nosząc na połowie długości swojego niewielkiego ciała gips. 

Czeka go ośmiotygodniowa rehabilitacja i walka z bólem, przykurczami i niepełnosprawnością.  Jest tak przerażony tym co się stało, że boi się wrócić do szkoły. 

Pracownicy placówki w Kiszewie powiedzieli matce, że jej syn spadł z pierwszego szczebelka drabinki na placu zabaw podczas przerwy, w co trudno rodzinie uwierzyć ze względu na liczne obrażenia dziecka. 

Beata Dolata emocjonalnie relacjonowała nam całą historię oraz to, w jaki sposób została potraktowana po zdarzeniu przez dyrektorkę szkoły Zofię Kotecką. – Na przerwie była jedna nauczycielka. Jednak z tego, co wiem, rozmawiała przez telefon komórkowy i nie znajdowała się na zewnątrz szkoły. Dyrektor placówki najpierw powiedziała mi, że powinnam się cieszyć, że dziecko żyje, a następnie oskarżyła mnie, że dzieci są źle karmione i nie mają „budulca”. Ja od lat co rano biorę trzy litry mleka prosto od krowy, od sąsiadki. Moim zdaniem moje dzieci mają więcej wapna w organizmie, niż większość innych uczniów. Jestem zrozpaczona tym, co się stało mojemu synkowi i tym, jak szkoła załatwiła całą sprawą. Dlaczego nie została wezwana karetka? Jeżeli jakiekolwiek małe dziecko złamie rękę, nie tylko mój syn, rozsądek podpowiada, by wezwać karetkę. Dlaczego jakaś obca osoba, a nie pracownicy szkoły przywiozła mi syna? I dlaczego, jak już nie wezwano karetki, nie zabrano Filipa bezpośrednio na pogotowie, tylko tracąc czas przywieziono mi go do domu? 

Trudno nie zrozumieć nerwów matki. Pani Beata ma zamiar zgłosić sprawę prokuraturze, oskarżając szkołę o zaniedbania i brak opieki nad jej dzieckiem. 

Dlaczego doszło do sytuacji, w której zostało zagrożone zdrowie pięcioletniego dziecka?  O tym jak wyglądają sprawy w szkole w Kiszewie opowiedziała nam była absolwentka placówki, Martyna. W tej szkole zawsze był podział na lepszych i gorszych uczniów. Wyznaczała go pozycja i pieniądze rodziców dziecka. Jak ja uczyłam się tam kilka dobrych lat temu, musiałam pracować dwa razy ciężej od moich innych koleżanek ze względu na to, że mój ojciec nie był urzędnikiem lub leśnikiem. Ten podział, z tego co wiem, zawsze istniał. Zmienił go dopiero dzisiejszy burmistrz, a wtedy nauczyciel Tomasz Szrama. Miałam przyjemność uczyć się u niego. Wtedy od niedawna tam pracował. Zawsze był uczciwy i wszystkich traktował równo, a do tego był dobrym nauczycielem. Ale odkąd odszedł, z tego co słyszę, sprawy wróciły do starego biegu.

Przez cały tydzień staraliśmy się skontaktować z dyrektor szkoły Zofią Kotecką, niestety bezskutecznie. Również nie udało nam się porozmawiać o sprawie z burmistrzem Tomaszem Szramą. Nie możemy więc do końca zweryfikować słów matki i uczniów.

Jak było faktycznie, zbada prawdopodobnie prokurator. Od niego będziemy chcieli dowiedzieć się, czy to, że pięcioletni chłopiec spędza czas w gipsie i bólu było tylko nieszczęśliwym wypadkiem, czy wynikiem zaniedbań i braku opieki nad malutkim pięciolatkiem w szkole. Ciekawi nas też, czy zgodna z prawem jest procedura, że do wypadku tak małego dziecka nie wzywa się na teren szkoły pogotowia. 

Teraz jednak najważniejszy jest powrót Filipka do zdrowia.

Podobne artykuły