Ekshumacja na obornickim cmentarzu: kłopoty za życia i kłopoty po śmierci

OBORNIKI. Jeżeli ktoś myśli, że śmierć człowieka kończy wszystkie jego doczesne sprawy, to nie ma w tym nic bardziej mylnego. Nie da się odejść do wieczności nie załatwiwszy przedtem wszystkich problemów ziemskich. Czasem bywa tak, że trzeba powrócić, aby coś doprowadzić do końca. 

Dowodem na to może być historia mieszkańca Obornik, który zmarł, ale świętego spokoju jednak nie zaznał. Opowiadając ją zmieniliśmy imiona bohaterów i niektóre ze szczegółów dla dobra dziecka zmarłego. 

Niejaki Euzebiusz mieszkał z mamą i narzeczoną we własnym domku u wylotu z Obornik. Żyli sobie miło i do pełnego szczęścia mamie Euzebiusza był potrzebny jedynie wnuk, a jeszcze lepiej wnuczka. Euzebiusz kochał mamusię i co noc przykładał się wraz z narzeczoną bardzo sumiennie do spełnienia maminych oczekiwań, ale upragnionego spadkobiercy nazwiska Euzebiusza wciąż nie było. 

Mamusia radziła: na razie się nie żeń, bo ona chyba jakaś taka bezpłodna. Zebek mamy słuchał i żenić się nie chciał, chociaż nadal co noc się starał. Trwało to tak może z osiem lat, o których można z sarkazmem powiedzieć, że minęły im dosyć bezpłodnie. 

Narzeczona była nawet u lekarza specjalisty. Ten ją gruntownie zbadał, siwą czupryną pokiwał i orzekł, że nie ma fizycznych powodów do tego, żeby nie mogła zajść w ciążę. 

Mama, narzeczona i Euzebiusz pogodzili się z wrednym losem, aż tu nagle ten ostatni poznał pannę Leokadię. 

Była młodsza od narzeczonej i zupełnie od niej inna. Wyglądało na to, że jej Zebek wpadł w oko i zaczęła z nim flirtować. Od flirtu przeszła do czynu i tym sposobem Euzebiusz spędził upojną noc z ową Leokadią. 

Potem wrócił do narzeczonej i udawał, że nic nie było. Minęły dwa, może nawet trzy miesiące, gdy do drzwi Euzebiusza zapukała Leokadia z radosną nowiną: będziemy mieli dziecko! 

Emocje i uczucia, które splotły się ze sobą w jednej chwili i to pod jednym dachem, przypominały połączenie zapachu jaśminów z tajfunem. Z jednej bowiem strony była szalona radość mamusi. Z drugiej obawa, czy to aby na pewno dziecko Euzebiusza. Z jednej strony radość Zebka, że jest w pełni mężczyzną, z drugiej pytanie, czy to aby on się do ciąży przyczynił, no i co na to powie narzeczona. 

Narzeczona miała jedynie negatywne odczucia, bo z czego tu się cieszyć. Najpierw wyrżnęła Euzebiusza w pysk, do czego miała przecież pełne prawo, a potem oświadczyła, że nie będzie to tak, że ona pierze mu gacie, a on w tym samym czasie p… się z inną. Ma się zaraz zdecydować: ona i gacie, czy tamta i jej bachor. 

Łzy mieszały się ze śmiechem, radość ze smutkiem, a w powietrzu wisiało jak topór pytanie, co postanowić, komu zaufać. Po co właściwie komu stara narzeczona, gdy pojawiła się młodsza? Na koniec dręczyła też naszego jurnego mężczyznę wątpliwość, czy nowa kobieta nie zniknie zaraz po pozyskaniu dla dziecka tatusia.

Zebkowi było tego zbyt wiele. Poprosił o czas do namysłu i podczas gdy wszystkie panie poszły już spać, przywiązał pięknie sznur od bielizny do rurki centralnego ogrzewania. Kiedy mama rano wstała, on sobie już wisiał, wolny od wszelkich dylematów, trzech kobiet i konieczności wyboru.

Odbył się pogrzeb a nad trumną stały trzy panie – mama, narzeczona i Leokadia z dziecięciem w brzuszku. Po pogrzebie Leokadia zapowiedziała niedoszłej teściowej: Zebka już nie ma, ale będzie jego potomek i nie zapominaj, że on dziedziczy. 

Mama długo biła się z myślami, co robić. Zanim Euzebiusza pochowano, zadbała o to, aby pobrać odrobinę materiału genetycznego do analizy ustalającej ewentualne ojcostwo jej syna. Leokadia postanowiła walczyć jak lwica o majątek dla swojego synka. Wystąpiła do sądu o stwierdzenie ojcostwa zmarłego śmiercią samobójczą Euzebiusza. Jednak okazało się, że materiał genetyczny pobrany przez mamę, nie miał w świetle prawa żadnej wartości. 

Sąd po długich deliberacjach orzekł, że materiał genetyczny musi być pobrany dowodowo przez biegłego patologa, w obecności przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości. 

– No to trzeba będzie Zebka odkopać – postanowiła Leosia, a jest osobą bardzo stanowczą. Mama zgody nie dawała, więc sąd musiał postanowić i wydać przyzwolenie na ekshumację. Trwały te sądowe przepychanki prawie dwa lata, aż wreszcie mama pod naciskiem perswazji Leokadii i pod urokiem wnuczka, wyraziła zgodę. 

Późną jesienią pracownicy obornickiego PGKiM, za zgodą sądu i przy nadzorze właściwego organu, dokonali ekshumacji szczątków Euzebiusza. Następnie biegły patolog pobrał materiał do porównań genetycznych.

Po wszystkim Zebek, a dokładnie to co z niego jeszcze w trumnie zostało, wrócił znów na swoje miejsce, niby to wiecznego spoczynku. Potem inny biegły porównał, za zgodą sądu, DNA zmarłego z DNA małego synka Leokadii. 

Badania DNA trwały długo. Wreszcie zimą podano wyniki. Potwierdziły ojcostwo zmarłego i tak syn Euzebiusza zyskał tatę oraz jego część domku stojącego u wylotu z miasta. 

Niestety, szybko się okazało, że nie bardzo jest już co dziedziczyć. Mama śp. Euzebiusza, niepewna wyroku, sprzedała po cichu dom i oświadczyła, że nie ma już ani grosza, bo wszystko wydała na spłatę długów po zmarłym synu. 

Teraz sad po raz kolejny będzie musiał wkroczyć w życie doczesne rodzinki Euzebiusza, choć tym razem nikt już zapewne nie przerwie wiecznego snu zmarłego. 

Podobne artykuły