Zaczęło się od bomby pod obornicką prokuraturą

OBORNIKI. Zaczęło się od bomby. Potem napięcie rosło i było coraz gorzej i gorzej. Tak mógłby wyglądać hitchcockowski poradnik pisania kryminałów lub scenariuszy thrillerów. W tym przypadku rzecz jednak się zdarzyła naprawdę i co gorsza, dzieje się nadal. 

Opisane zdarzenia dotyczą tak zwanego przeciętnego małżeństwa 40-latków z wyższym wykształceniem, będącego u szczytu powodzenia zawodowego i towarzyskiego. Ich życie wyglądało z zewnątrz jak kolorowy cukiereczek i nagle opadła sztuczna fasada, i pokazała się prawda. 

W czerwcu minionego roku opisaliśmy zdarzenie polegające na tym, że pewien mąż zamontował małżonce pod samochodem urządzenie GPS, które jako domniemana bomba sparaliżowała centrum Obornik i narobiło wiele szumu. Potem był ciąg dalszy i to o nim chcemy tu opowiedzieć. 

Na początek trzeba przedstawić oboje bohaterów. W tekście zmieniamy imiona, miejscowości i cechy charakterystyczne, mogące ujawnić prawdziwe dane opisanych osób. Zachowujemy jedynie fakty i wypowiedzi narratora opisanych zdarzeń.

On znany sportowiec, niegdyś oklaskiwany i nagradzany mistrz kraju i Europy. Wyszkolił mistrza Europy w karate, sam ma ogromną kolekcję medali. Tomasz jest wysokim, doskonale zbudowanym mężczyzną. Przystojną twarz o regularnych rysach szpecą ślady po dawnym zapaleniu skóry, co nadaje jej szorstkiego a nawet twardego męskiego wyglądu. Mówi niskim głosem o nienagannej dykcji. Nie ma wątpliwości, że jest człowiekiem o wysokim ilorazie inteligencji.

Ona jest niemal jego rówieśniczką, o dobrze zachowanej urodzie i łagodnym wglądzie. Mimo mijających lat ma wciąż nienaganną sylwetkę. Tomasz zakończył karierę sportową i przeszedł do pracy w marketingu. Justyna byłą nauczycielką znaną w niejednej szkole, bo pracowała w wielu placówkach na terenie gminy. 

Wiodło im się całkiem dobrze. Zbudowali dom i prowadzili ciekawe i pełne przyjaciół życie. Jednak według Tomasza, coś zaczęło się z czasem psuć. Justyna z wyglądu jasny anioł z twarzą cherubina, coraz częściej bluzgała obelgami i przekleństwami godnymi najbrudniejszego rynsztoka. Coraz częściej też gdzieś wychodziła, lub surfowała po internecie w tajemnicy przed mężem. 

Tomasz pomyślał, że żona wdała się w romans i postanowił to wyjaśnić. Kochał ją i nie myślał o rozstaniu. To i tak nadeszło. 

Nie byłby to pierwszy romans Justyny, bo po raz pierwszy zdradziła go krótko po ślubie, 12 lat temu. Wtedy jej wybaczył. Teraz wiedział, że musi mieć twarde dowody niewierności, by pokazać je w sądzie.  

Rozpoczął od poszukiwania odpowiedniego sprzętu. Znalazł go bez trudu w sklepiku internetowym. Przez sześć tygodni obserwował i rejestrował poczynania małżonki. To co uzyskał, przerosło jego najkoszmarniejsze domysły. Alkohol, narkotyki i spotkania z mężczyznami w dość dziwnych miejscach wprost porażały. Trafiwszy całkiem przypadkowo na jej korespondencję elektroniczną dowiedział się, że żona przygotowuje mu z „przyjacielem” prawnikiem sprawę o znęcanie. Dowiedział się, jak Justyna niszczy jego relacje z rodziną i przyjaciółmi. Tego było już dosyć. 

11 czerwca 2010 roku przedstawił jej dowody wiarołomstwa i zażądał rozwodu. Wyśmiała go i zaprzeczyła wszystkiemu. 

Tego właśnie dnia Tomasz poinformował ją o GPS pod samochodem. Powiedział jej także, że wie o sfałszowaniu przez nią dokumentu dowodzącego ukończenie kursu pedagogicznego. Ostrzegł, że powiadomi o tym prokuraturę. – Żona ostrzegła mnie: wtedy zeznam, że to ty je fałszowałeś i nie dowiedziesz, że tak nie było. Tak mi poradził mój adwokat i tego będę się trzymać. 

Postanowił dać spokój i poczekać do sprawy rozwodowej. 17 czerwca 2010 roku znów podłożył, po tygodniowej przerwie, GPS pod samochód. Obawiał się, że któraś z jej eskapad źle się skończy a on może zostać wplątany w jej skutki. Dlatego chciał wiedzieć, gdzie jest. Sprawdził, że samochód stoi dłuższy czas na parkingu koło obornickiej Fary. 

Przejeżdżając przez Oborniki natrafił na blokadę centrum miasta. Jadąc poza miasto przez telefon dowiedział się, że policja szuka go w domu. Niezwłocznie zawrócił i zgłosił się na komendę w Obornikach. Tam policjanci wyjaśnili mu, że była afera z bombą pod samochodem jego żony, ale okazało się to fałszywym alarmem. Pan Tomasz niemal pękł ze śmiechu, ale mina mu zrzedła, gdy dowiedział się, że żona oskarżyła go znęcanie fizyczne i psychiczne począwszy od 2001 roku.

Przypomnimy tu, że prokurator powiadomiony przez Justynę o bombie, wezwał policję, a ta wojsko. Funkcjonariusze zabezpieczyli miejsce zdarzenia i ewakuowali ludność z pominięciem jedynie dwóch staruszek. Kiedy przyjechał wóz pirotechników z jego wnętrza wyłonił się gąsienicowy robot operacyjny typu „Inspektor”, służący do rozbrajania ładunków wybuchowych. 

Wszyscy zamilkli jakby zawieszeni w oczekiwaniu najgorszego. Wreszcie zdemontował od podwozia jej samochodu marki Renault uczepioną przy pomocy magnesu czarną skrzynkę. Znajdował się w niej nadajnik GPS – taki sam jakiego używają tiry i karetki pogotowia, aby dyspozytor zawsze  wiedział, gdzie się znajdują. Akcja została zakończona, urządzenie zarekwirowane, ulice otwarte a mieszkańcy mogli wreszcie bezpiecznie wrócić do swych domów. 

Mimo, że na pan Tomasz sam zgłosił się na policję celem wyjaśnienia zdarzenia, to jednak decyzją prokuratora został zatrzymany i spędził noc w izbie zatrzymań na obornickim komisariacie. Następnego dnia w prokuraturze przedstawiono mu zarzut znęcania fizycznego i psychicznego nad żoną. 

Nie przyznał się tego. Przyznał się natomiast do podkładania GPS tłumacząc to zbieraniem dowodów do sprawy rozwodowej, do której rozpoczął już formalne przygotowania. Jego argumentacja nie przekonała nikogo i prokurator wydał decyzję o zakazie zbliżania się do pokrzywdzonej i dozorze policyjnym trzy razy w tygodniu. 

Pan Tomasz zaskarżył sposób zatrzymania i drastyczne środki zapobiegawcze. Sąd uznał, że choć sposób zatrzymania był właściwy, to w polskim prawie nie ma takiego środka zapobiegawczego jak „zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej” i go uchylił. Zdecydował też o zmniejszeniu dozoru policyjnego do jednego razu w tygodniu. 

Pan Tomasz był zaskoczony takim obrotem sprawy. Jedynym dowodem rzekomego znęcania się nad żoną miał być zwykły scyzoryk znaleziony w sypialni, zresztą prezent od żony oraz ów nieszczęsny GPS. Tomasz zaczął otrzymywać głuche telefony, a nawet groźby. Obawiał się prowokacji, poprzez na przykład podrzucenie narkotyków lub innych przedmiotów go kompromitujących. Rozmawiając z nami sugerował z pełnym przekonaniem, iż Justyna znalazła się w jakieś dziwnej strukturze. Jego podejrzenia graniczyły z pewnością, że nie działa sama. 

W tym samym czasie zainteresowanie Tomasza dokumentami żony wzbudziła podejrzenia dyrekcji szkoły. Dokumenty sprawdzono i sprawa trafiła do organów śledczych. Dowody były niezbite, więc Justyna przyznała się do posługiwania fałszywym dokumentem. 

Był to prawdziwy dokument jej przyjaciółki, skopiowany i odpowiednio przerobiony. Wściekła na męża za wpadkę wskazała na niego, jako współwinnego fałszerstwa. Na koniec dobrowolnie poddała się karze.  Tomasza sąd ukarał zaocznie grzywną nie wchodząc w szczegóły sprawy. 

Między nimi było już bardzo źle. On zaczął nawet podejrzewać, że żona chce go zgładzić. Miał ku temu, jak twierdzi, mocne przesłanki. Został napadnięty i ciężko pobity. To zdarzenie także opisywaliśmy. 

Było lato. Tomasz wracał do domu, gdy na ulicy napadło go trzech mężczyzn. On postawny mężczyzna, mistrz zaprawiony w sztukach walki nie powinien im ulec. Jednak jeden z napastników zaszedł go od tyłu i gdy dwaj inni zaatakowali z przodu, ten z tyłu uderzył go z całej siły pałka w potylicę. 

Napadnięty karateka stracił przytomność. Tłukli go przygotowanym drągami i kopali. Silny ból sprawił, że odzyskał wreszcie przytomność. Zaczął się bronić i jak twierdzi, uratował życie. 

W szpitalu okazało się, że ma złamane obie ręce i to z przemieszczeniem kości oraz inne poważne obrażenia. Silny organizm i wyrozumiały pracodawca pozwolili wrócić mu z czasem do pracy. Szefostwo stara mu się pomagać, choć nie jest to łatwe. Nie mieszka z żoną, w sądzie ślimaczy się sprawa o znęcanie nad nią. Jest powiązana ze sprawą rozwodową. 

Takich spraw było w minionym roku w naszym kraju ponad 750 tysięcy. W sporej części tych spraw żony zawiadamiały o znęcaniu fizycznym i psychicznym dla korzystniejszego wyroku w sprawie rozwodowej. Pan Tomasz ma i tak szczęście, bo w większości tego typu spraw żony oskarżały mężów o molestowanie seksualne ich dzieci w nadziei na lepsze warunki rozwodowe, jak informuje Stowarzyszenie Praw Ojca 

– W naszym kraju i systemie prawnym szanse mężczyzny są znikome. Jeśli go żona zechce w sądzie zgnoić, to jej się uda. Rodzimy się mężczyznami i już coś przegraliśmy – mówi pan Tomasz. Jego rozgoryczanie ma jednak podstawy.

Podobne artykuły