Prokurator zażądał sześciu lat więzienia dla księgowej obornickiego przedszkola

OBORNIKI. W minionym tygodniu zakończył się przed Sądem Okręgowym w Poznaniu proces Marianny S., byłej księgowej w Przedszkolu nr 4 w Obornikach. 

Przypominamy, że Marianna S. wykorzystując zaufanie swej przełożonej, dane jej uprawnienia oraz brak skutecznego nadzoru, dokonała zaboru pieniędzy w kwocie przekraczającej 600 tysięcy złotych. Proceder ten trwał niemal trzy lata, a zdefraudowane pieniądze księgowa przelewała na konta złotówkowe w banku PKO BP oraz walutowe w BZ WBK. Do obu kont upoważniła swego syna przekazując mu karty płatnicze. 

Rzecz cała wydała się dopiero po zablokowaniu przez ZUS kont przedszkola i dopiero wówczas wkroczył prokurator. Marianna S. usłyszała cztery zarzuty. Jeden polegający na ciągłej i systematycznej defraudacji pieniędzy, drugi dotyczył fałszowania podpisów intendentki i jednocześnie kasjerki Barbary G. oraz dyrektorki placówki, trzeci sfałszowania podpisu na czeku gotówkowym oraz czwarty wyniesienia w celu zatarcia jego śladów oraz ukrycia dokumentów dowodzących popełnienia przestępstwa. 

Najgroźniejszym z wymienionych przestępstw było sfałszowanie czeku, równoznaczne w prawie polskim z podrabianiem pieniędzy, co jest traktowane w Kodeksie Karnym jak zbrodnia. 

Prokurator dowodził w sądzie, że oskarżona działała świadomie, w sposób ciągły a zacierając za sobą dowody przestępstwa dowiodła złej woli. Choć księgowa przyznała się w śledztwie do popełnienia zarzucanych jej czynów, a dowody to potwierdziły, w sądzie usiłowała jednak kluczyć, wypierając się w kilku miejscach wcześniej poświadczonych faktów. Ostatecznie prokurator przedstawił dowody na to, że Marianna S., zagarnęła łącznie kwotę 604.721 złotych. Kwotę 121.521 złotych zwróciła, tak że w jej posiadaniu pozostaje wciąż kwota 483.200 złotych. Zagarnięte pieniądze pochodziły z budżetu przedszkola, wpłat rodziców oraz funduszu socjalnego pracowników placówki. Prokurator podniósł fakt, iż księgowa miała ułatwione zadanie, gdyż dyrektor przedszkola oraz kasjerka podpisały czek in blanco, mimo że ta ostatnia miała 24 tysiące złotych pochodzące z wpłat rodziców gotówką. To jednak nie mogło uprawniać księgowej do popełnienia zarzucanych jej czynów. Rzecz cała była utrzymywana w tajemnicy także dlatego, że raporty kasowe zamiast kasjerki robiła sama księgowa, co było niezgodne z przepisami. 

Ostatecznie za te czyny, prokurator dopatrując się okoliczności łagodzącej z powodu wyrażania przez oskarżoną skruchy, zażądał kary: za czyn pierwszy – dwa lata i sześć miesięcy kary pozbawienia wolności, za czyn drugi – kary sześciu miesięcy, za czyn trzeci – kary więzienia w wysokości pięciu lat i za czyn czwarty także zażądał sześciu miesięcy pozbawienie wolności. Łącznie prokurator wnioskował o sześć lat pozbawienia wolności oraz pokrycie kosztów procesu. 

Obrońca Marianny S., zaczął swą mowę od słów: „okazja czyni złodzieja”, a nadzoru nie było. Przez trzy lata nikt jej nie przeszkadzał robić tego, co robiła. Potem starał się dowieść, że jakkolwiek nie może to tłumaczyć jej czynu, to jednak sąd winien wziąć pod uwagę, iż kobieta wykorzystała okazję, by wesprzeć zadłużonego syna. Uważał, że dokumenty zabrała do domu nie w celu zatarcia śladów przestępstwa, lecz by tam pracować z zamiarem zakończenia pracy w przedszkolu. – Przyznała się, wyraziła skruchę, więc jej czyn winien być traktowany bardzo łagodnie. Ostatnim argumentem obrony było to, że Marianna S. od pięciu miesięcy spłaca zdefraudowane pieniądze po 1000 złotych miesięcznie. Jeżeli nie zaprzestanie spłaty zaraz po ogłoszeniu wyroku, jak się to najczęściej w takich przypadkach zdarza, to dług wobec gminy spłaci już po… 40 latach. 

Marianna S., w swym ostatnim słowie powiedziała z opuszczona głową: przepraszam. 

Wysoki Sąd swój werdykt ogłosi w poniedziałek 9 sierpnia, a my go w kolejnym numerze podamy do publicznej wiadomości. Wyrok sądu jest ważny, bo zbyt łagodny nie posłuży nikomu surowym przykładem, a jak się już rzekło „okazja czyni złodzieja”. 

Podobne artykuły