Rekordowe czynsze w Obornickiej Spółdzielni Mieszkaniowej i tajemnicze zarobki zarządu

OBORNIKI. Każdy z mieszkańców osiedli należących do Obornickiej Spółdzielni Mieszkaniowej bez trudu może się przekonać, że płaci czynsz większy niż w Poznaniu, Łodzi, Warszawie, Szamotułach, czy większości miast w Polsce. Płaci nie tylko wysoki czynsz, ale dodatkowo za ocieplenie bloku planowane dopiero na jakiś późniejszy termin, za okna, których jeszcze nie ma, za malowanie klatek schodowych, chociaż niektórzy czekają na to nawet 30 lat.

Lokatorzy płacą też za place zabaw zamknięte przez sanepid, bo są niebezpieczne dla zdrowia dzieci i za zieleń, która uschła. Płacą i płacą a na dodatek wygląda na to, że są z tego radzi. Taki wniosek można było wysunąć po ostatnich zebraniach w Spółdzielni Mieszkaniowej. 

Zamiast 120 członków przyszło na jedno z zebrań zaledwie 12 osób. Ten tuzin miał reprezentować 2916 członków spółdzielni. Sześciu z przybyłych było zależnych od pani prezes, a sześciu tak zwanych zwykłych mieszkańców ze spółdzielczych zasobów. 

Najpierw wszyscy wysłuchali o licznych sukcesach władz Spółdzielni, potem połowa biła brawo, a na końcu było głosowanie. Szóstka patrzyła na panią prezes jak orkiestra na swego dyrygenta. Dyrygent wznosił ręce i szóstka była „za”, gdy je znów opuszczał, cała szóstka była „przeciw”. „Szóstka” musiała być karna, bo pracuje w Spółdzielni i wszelki brak lojalności mógłby ich zepchnąć do kolejki przed Powiatowy Urząd Pracy. 

Spółdzielnia nieźle zarabia i to nie tylko na czynszach. Na wynajmie lokali użytkowych i innej i działalności gospodarczej osiągnęła w tym roku oficjalny zysk w kwocie 669 tys. zł. Można było za to wymienić wiele okien i ocieplić wiele budynków bez wyciągania pieniędzy z kieszeni mieszkańców. Trudno więc się dziwić, że cześć z nich straciła już cierpliwość i wyrzucała zarządowi Spółdzielni brak dbałości o ich interesy. 

Po tym jak sanepid zakazał użytkowania placów zabaw, jedna z kobiet skarżyła się na bezczynność spółdzielni i na to, że musi przez ten stan rzeczy chodzić z dzieckiem na odległy miejski plac, by się mogło pobawić. – Spółdzielczy plac na osiedlu przy ulicy Łazienkowej jest dla dzieci tak dalece niebezpieczny, że jedyną pociechą pozostał fakt, bliskości szpitala – skarżyła się naszej redakcji. 

Inna mieszkanka z bloku przy 11 listopada, z lokalu na ostatniej kondygnacji narzekała na tak fatalnie „ocieplony” dach, że jej zamarzał sufit i musiała się na zimę przenieść do rodziny. – Przy Milei zielsko rośnie jak w puszczy i walają się śmieci a Spółdzielnia tyle bierze za wynajem, że powinno tam lśnić – skarżył się pewien mężczyzna nierad z bałaganu, w którym przyszło mu mieszkać. – Mieszkam w tym bloku już cztery lata i przez ten czas spółdzielnia wymieniła tylko jeden samozamykacz w drzwiach wejściowych, a gdzie reszta naszego funduszu remontowego? – pytał kolejny z mieszkańców jednego z bloków. Kto inny wytykał, że  Spółdzielnia czekała z naprawą zgłaszanych przez lokatorów usterek budowlanych pięć długich lat, by wreszcie po zakończeniu terminu gwarancyjnego ponaprawiać co trzeba na koszt lokatorów. 

Były też pretensje o to, że zarząd nie negocjuje skutecznie cen energii cieplnej z Przedsiębiorstwem Energetyki Cieplnej, co powoduje bardzo wysokie stawki za ogrzewanie. Kiepska jest też instalacja przesyłowa cieplika, przez co zimą ogrzewane są na koszt lokatorów trawniki. Członkowie spółdzielni chcieli wreszcie wiedzieć, na co idą ich ogromnie pieniądze. Wprost pytali o zarobki zarządu z panią prezes i wiceprezesem na czele. 

Takie pytanie zadał już prawie rok temu jeden z mieszkańców osiedla, dopytując też, ile Spółdzielnia pobiera czynszów za lokale użytkowe. Odpowiedzi nie dostał, choć jako lokator osiedla jest pracodawcą zarządu i miał prawo to wiedzieć. Zarząd zasłonił się  tajemnicą i pytający skierował sprawę do sądu. Sąd nakazał zarządowi ujawnienie informacji o dochodach Spółdzielni i własnych, a my je niedługo opublikujemy. 

Podobne artykuły