Spór o dobro dzieci

RYCZYWÓŁ. Ryczywół ma dwie szkoły w jednym budynku. Rewelacyjne gimnazjum i podstawówkę bez fajerwerków, choć też i nie wlokącą się w ogonie rankingów. Uczy się w niej bodajże nieco ponad 350 dzieci, których rodzice mniej albo więcej interesują się panującymi warunkami w placówce oświatowej. 

W tej ostatniej grupie znalazło się kilkanaście osób kontestujących różne elementy życia szkolnego. Jednym się „coś” tam nie podobało. Inni uważali, że „czegoś” dzieciom brakuje a jeszcze inni byli radzi z tego co jest, choć nie kryli, że mogło być „czegoś” więcej lub „coś” lepiej. Zebrał to razem pan Piotr i wraz z małżonką pedagogiem ułożył z tego pismo zaczynające się od słów „Zwracam się z uprzejmą prośbą w imieniu uczniów i rodziców". Pod pismem podpisało się dziewięć osób dorosłych i ogromna liczba dzieci. Przy głębokiej wierze, iż autorzy chcieli dobrze, trzeba im tu wytknąć, że dzieci nie powinny były niczego takiego podpisywać. 

Pismo trafiło do dyrekcji szkoły i zamiast oczekiwanej odpowiedzi, czy dyskusji na zadane tematy, zaczęto prowadzić regularne śledztwo. Kto? Po co? Z kim? I tak dalej. Finałem sprawy było spotkanie z rodzicami, które zorganizował w minioną środę dyrektor szkoły. Udała się na nie także nasza redakcja, zaciekawiona, jak postulaty i propozycje będą omawiane. 

Tymczasem sala szkoły przypominała zupełnie inną salę. Na miejscu sędziowskim zasiadła dyrekcja. Grono nauczycielskie obsiadło miejsce przeznaczone dla prokuratora, rodzice zajęli miejsca dla świadków, a wspomnianemu panu Piotrowi i jego małżonce przypadło miejsce oskarżonych. 

Sędzia zaczął od odczytania przepisów, które złamali podsądni składając szkole propozycje. Wskazali im, które organy mają do tego prawo i ile zasad złamali podsądni ośmielając się pisać o różnych wariantach rozwiązań problemów dzieci. Potem sędzia, to znaczy dyrektor, każdy z tych punktów oceniał negatywnie wskazując przyczynę, dla której nie ma mowy o jego realizacji. Argumentami były: brak przepisów, pieniędzy, zgody władz sanitarnych, miejsca i w ogóle możliwości. 

Sala kiwała głowami a nam się wydawało, że to zebranie egzekutywy z dawnych lat, gdzie jeden pryncypialnie mówi innym jak mają myśleć i działać, a sala w skupieniu przyznaje mu rację, wrogo spoglądając na oportunistów. 

Pan Piotr i pani Edyta starali się wyjaśnić, że chcą tylko, aby dzieci miały na przerwach picie i coś do przegryzienia, miejsce na trampki do WF i żeby im nie ginęły rzeczy. Pani Edyta prosiła o poświęcenie przez nauczycieli więcej czasu rodzicom w dniu wywiadówki a jest fachowcem. Sama uczy w jednej ze szkół, a za swe osiągnięcia odebrała wyróżnienie z rąk samej minister oświaty. 

Dyrektor wyjaśniał i negował wszelkie jej propozycje, sala buczała wspierając pana dyrektora i trudno się dziwić rodzicom. Z jednej strony patrzyła na nich dyrekcja, z drogiej grono nauczycielskie oceniające jeszcze przez lat kilka ich pociechy. Najbezpieczniej było milczeć lub popierać grono. Charakter rzucanych z sali uwag bywał więc różny, łącznie z propozycją pana w zielonej koszulce – podpalić jej od dołu kartkę – z której pani Edyta czytała postulaty. 

To co mówił dyrektor wyjaśniało wiele spraw, pokazując, że szkoła dba o dzieci, a  czego brakuje, mogą i powinni uzupełniać sami rodzice. Trzeba przyznać dyrektorowi rację, gdy mówił o skromnych środkach na utrzymanie szkoły i braku możliwości inwestowania. Trochę dziwne były obawy o automaty do napojami i przekąskami, bo te szkoły nic nie kosztują. Jeszcze bardziej zaskakiwała postawa niektórych uczących wobec dzieci. Jedna z mam miała pretensje do  wicedyrektor, która straszyła jej 9-letniego synka policją. Dyrektorkę tłumaczyła nauczycielka twierdząc, iż chłopiec bywa nieznośny. Sama dyrektorka wyjaśniła, że po prostu czuje się  wypalona zawodowo.  

Dyskusja byłą długa i obie strony miały argumenty. Ostatecznie zwyciężył pan Piotr, gdy dyrektor obiecał jego niektóre postulaty zaproponować w przyszłym roku szkolnym rodzicom, a w razie akceptacji realizować je. Wyjaśniono wiele wątpliwości, bo przecież zawsze warto porozmawiać, tym bardziej, że obu stronom chodzi wyłącznie o dobro dzieci.

Podobne artykuły