Golcowie i Bukowski: do Oborniki wróć

OBORNIKI. Bracia Łukasz i Paweł Golcowie urodzili się w lutym 1975 roku i nikt wtedy nie przypuszczał jeszcze, że będzie o nich aż tak głośno. Zanim Paweł Kukiz nie zaprosił ich do sekcji dętej zespołu Piersi, spokojnie studiowali muzykę. Potem grali w wielu zespołach, aby wreszcie założyć swoją własną grupę Golec uOrkiestra i ruszyć z nią na podbój świata. Zagrali na wszystkich kontynentach, aż wreszcie w miniony piątek trafili do Obornik. 

Nim rozpoczął się koncert zastanawialiśmy się, czy przyjdą go posłuchać starsi czy raczej młodsi? Więcej będzie pań, czy panów? Gdy jednak wybiła godzina 21 wszystkie kalkulacje wzięły w łeb, bo przyszli wszyscy. Przewidział to na szczęście organizator koncertu Lech Faron zamawiając dwa telebimy, na których można było oglądać Golców z najdalszych krańców placu targowego. 

Frekwencja była tak wielka, że patrząc z wysokości sceny nie udało się nam znaleźć ani kawałka wolnego placu. Takiej ilości osób tam jeszcze tam nie odnotowano. 

O samym koncercie pisać nie ma sensu, bo znaczna cześć gminy tam po prostu była. Golcowie od samego początku porwali publiczność swą żywiołową, rytmiczną muzyką z czytelnymi tekstami. Bawili się wszyscy. Na scenie i na widowni. Miłym przerywnikiem było uczczenie w trakcie koncertu urodzin Edytki, prywatnie żony Łukasza i mamy ich trójki dzieci. Łukasz wręczył jej kwiaty, a całe Oborniki zaśpiewały gromkie „Sto lat”. Golcowie zaprezentowali najwyższy kunszt sztuki estradowej i swą ogromną życzliwość. Byli pierwszymi gwiazdami Dni Obornik, które w żaden sposób nie ograniczyły filmowania koncertu. Jeszcze długo po nim, składali autografy na swych płytach i mógł je otrzymać każdy, kto miał na to ochotę. 

Nic więc dziwnego, że owa życzliwość szybko stała się ogromną serdecznością. Paweł Golec chwalił Oborniki, które zespół miał okazję jeszcze przed koncertem zwiedzić. Pochwalił też – jak to rzekł – najlepszą restaurację Culinaria, gdzie delektował się wyśmienitą rybą. Po zakończonym występie władze Obornik, wraz z małą Anią Przecławską i jej koleżanką Agatką, złożyły artystom podziękowania i wręczyły kwiaty, a burmistrz Bogdan Bukowski namówił publiczność do chóralnego odśpiewania fragmentu refrenu „…do Obornik wróć”, intonując go nawet sam solo. Brawa były ogromne, (bardziej dla Golców, niż dla burmistrza) a artyści dwa razy bisowali i dopiero wtedy skończył się sam koncert. 

Zaskoczeniem dla nas było to, że po zejściu ze sceny, po niemal dwóch godzinach występu, muzycy byli wciąż świeży jak w momencie wejścia. Skarżyli się tylko na głód, a słysząca tę skargę dyrektor pobliskiej „dwójki” Aldona Święciechowska, zaprosiła ich na późną kolację. Jak zorganizowała godny poczęstunek o tak późnej porze i tak szybko, pozostanie zapewne jej tajemnicą. Dość rzec, że około północy bracia Golcowie, Edytka i reszta muzyków siedzieli już przy stole w szkolnej stołówce pałaszując ze smakiem pierś z kurczaka w sosie pomidorowym i pyszną sałatkę z brokułów. 

Liczne grono fanów przybyłe do szkoły wraz z nimi czekało aż zaspokoją głód, by porozmawiać, popytać i podzielić się spostrzeżeniami. Artystom nie szczędzono komplementów a oni chętnie opowiadali o sobie, o swej Milówce i o swoich pasjach. Przez Oborniki przejeżdżali nie raz, jadąc z koncertami z południa na północ. Cieszyło ich to, że mogli się tu wreszcie zatrzymać, pospacerować po rynku i okolicznych uliczkach. Cieszyło i to, że znaleźli tu wspaniałą publiczność, skorą do wspólnej zabawy i żywo reagującą na wszystkie sygnały.

– Często tak bywa, że ludzie stoją i nie czują tego, co im przywieźliśmy, tej naszej góralskiej werwy – opowiadał nam Paweł Golec. – Oborniczan łatwo było nam rozkołysać. Prosił o pozdrowienie ich na naszych łamach podpisując się pod tym wraz z bratem i bratową, absolwentką Akademii Muzycznej w klasie altówki. Sądziła, że jej miejsce będzie w orkiestrze symfonicznej. Jednak gdy poznała pewnego trębacza, jej życiowe plany uległy znacznemu przewartościowaniu. W zespole ma wiele zadań. Gra, śpiewa a także „załatwia” najtrudniejsze sprawy, bo jak powiedziała nam z uśmiechem w swej  góralskiej gwarze: kany debał ni moze, tam babe pośle. 

Golec Orkiestra jest rodzinnym przedsiębiorstwem. Sami piszą teksty i muzykę, koncertują, nagrywają i dystrybuują płyty czy organizują swe trasy koncertowe. Pytani o kondycję, opowiadali z uśmiechem: nieraz graliśmy po dwa koncerty pod rząd i też bez z zmęczenia. Robimy to niemal od dziecka i jesteśmy przyzwyczajeni do tego rodzaju wysiłku. Kończąc po pierwszej w nocy spotkanie z fanami, wśród których był także burmistrz zaprzyjaźnionych Obornik Śląskich, zaśpiewali im jeszcze a`capella po góralsku głosami tak silnymi, że szyby w szkolnej stołówce dosłownie zadrżały. Odjeżdżając pozostawili po sobie miłe i wielce życzliwe wspomnienie nie „wielkich gwiazd estrady”, lecz utalentowanych i sympatycznych górali. Żegnając się z nimi westchnęliśmy jeszcze – może znów kiedyś w Obornikach? A obaj bracia odparli zgodnie: może znów kiedyś.

Podobne artykuły