Akta sądowe dla każdego?

OBORNIKI. W miniony piątek 25 czerwca nasza redakcja odwiedziła kuratorów sądowych, urzędujących w budynku Sądu Rejonowego w Obornikach. Przyczyną odwiedzin była chęć przybliżenia czytelnikom tej instytucji, skutkiem zaś poniższe i co by nie rzec, bulwersujące spostrzeżenie. 

Akta sądowe zawierające najintymniejsze informacje mogą trafić niemal w każde ręce, bez wiedzy rzekomo strzegących ich kuratorów. 

Wybiła godzina 12:23, weszliśmy do zespołu pokoi kuratorskich. Poprzedza je mały korytarzyk, z którego wchodzi się do pięciu małych pokoi. W każdym z nich, tak jak i do korytarzyka, drzwi były otwarte na oścież. W żadnym z pokoi nie było żywej duszy. W miarę bezpieczny był może pokój za szklanymi drzwiami, bowiem w naświetlu na jego stropie zamontowano kamerę. Pomachaliśmy więc w jej kierunku przyjaźnie ręką i obejrzeliśmy pokój znajdujący się poza jej zasięgiem. 

Drzwi były, jak w pozostałych, szeroko otwarte, a w zamku tkwiły klucze. Na krześle pod ścianą leżała otwarta damska torebka z portfelem i resztą zawartości. Na biurku leżał telefon komórkowy. Te przedmioty należały do pani kurator i ich utrata ugodziłaby jedynie w jej osobę. Jednak obok telefonu leżała służbowa pieczątka w zielonej obudowie, obok wiele teczek z aktami. 

Jakieś teczki walały się też na ziemi i tylko wrodzona dyskrecja nie pozwoliła nam na zapoznanie się z najbardziej intymnymi szczegółami życia pana Wojciecha, pana Marka pani Katarzyny i innych osób, których nazwiska widniały na teczkach. 

Mijały kolejne minuty i nadal pokoje kuratorów stały otworem dla każdej przygodnie goszczącej w budynku osoby. Po około kwadransie weszło do korytarzyka dwóch panów pytając nas gdzie postawić szafkę, której przy sobie nie mieli. Wreszcie po 20 minutach, mając ograniczony czas, postanowiliśmy interweniować. W sekretariacie Wydziału II Karnego jedna z pań obiecała nam „kogoś” znaleźć. Faktycznie po kolejnych paru minutach pojawiła się pani kurator pytając – w jakiej sprawie? Gdy jej opowiedzieliśmy o naszych dwudziestu paru minutach sam na sam z aktami podsądnych, pieczęciami i mieniem tego gmachu, rzekła:  koleżanek nie ma a ja musiałam na dół. 

Cokolwiek to miało znaczyć, taka beztroska musi bulwersować. Radzi byśmy byli zatem usłyszeć od pana prezesa Sądu Rejonowego, czy tak być musi i czy nie ma innego sposobu, aby cudze tajemnice mogły trafić w każde ręce i to sądzie, gdzie winny być bezpieczne.

Podobne artykuły