Zazdrość i spory małżeńskie doprowadziły do alarmu bombowego, zamknięcia centrum miasta i ewakuacji mieszkańców

OBORNIKI. W miniony czwartek podejrzewano, iż doszło do zagrożenia bombowego przed budynkiem prokuratury przy ulicy Starorzecznej w Obornikach. Na miejsce zostali wezwani pirotechnicy z Poznania, pięć radiowozów policyjnych, wóz straży pożarnej i karetka. Z ruchu wyłączono fragment ul. Piłsudskiego, rozpoczynający się od wyjazdu z Rynku do skrzyżowania z ul. Lipową. Część ul. Ogrodowej również została zamknięta. Ewakuowano ponad setkę mieszkańców z domów i kamienic w obrębie zagrożonego wybuchem obszaru. 

Niemały tłum zebrał się wokół granicy odizolowanego przez funkcjonariuszy terenu. Pytanie było jedno: co się dzieje? Nikt nie chciał odpowiadać. Plotka krążąca w tłumie mówiła o bombie w samochodzie. Wielu nie chciało wierzyć, odrzucając irracjonalne wersje wydarzeń, przypominających film akcji prosto z Hollywood. Zdenerwowanie widać było na każdym kroku. Funkcjonariusze mieli blade twarze, chodzili z jednego miejsca w drugie. Kiedy przyjechał wóz pirotechników, a z jego wnętrza wyłonił się robot operacyjny służący do rozbrajania ładunków wybuchowych, wszyscy zamilkli, jakby zawieszeni w oczekiwaniu najgorszego. 

Całe zamieszanie rozpoczęło się około godziny 14, gdy do budynku prokuratury weszła 39-letnia mieszkanka jednej z wsi pod Obornikami. Chciała złożyć doniesienie na swojego męża. 

Kończąc rozmowę poinformowała prokuratora, że obawia się o życie, gdyż jej zdaniem do podwozia jej samochodu, marki Renault Megane, zaparkowanego przed budynkiem, ktoś przyczepił jakąś czarną skrzynkę. Pracownicy prokuratury udali się na parking, aby sprawdzić groźnie brzmiącą informację. Rzeczywiście skrzynkę było widać. Przyczepiona do samochodu, prawdopodobnie na magnes, wielkości pudełka od butów, smolisto czarna i brudna, wzbudziła niemały niepokój. 

Na miejsce została sprowadzona policja. Ta wezwała saperów z grupy antyterrorystycznej z Poznania. Ewakuacja zagrożonego terenu była koniecznym, standardowym działaniem. 

Pirotechnicy, jadąc na sygnale służbowym radiowozem, przybyli drogę z Poznania w pół godziny. Rozpoczęła się akcja.

Jeden z saperów założył specjalny strój antybombowy. Był to kilkukilogramowy kostium, wyglądający jak strój najeźdźców z kosmosu, służący zminimalizowaniu obrażeń w razie wybuchu. Najpierw do akcji zmobilizowano robota rozpoznawczego typu Inspector. Jest to jeżdżący na gąsienicach robot wysokości dorosłego mężczyzny, posiadający mechaniczną rękę z przymocowanymi kamerami. W akcji w Obornikach posłużył do odczepienia pudełka spod samochodu, otwarcia go i przekazania informacji na temat jego konstrukcji i ewentualnego zagrożenia. Gdy antyterroryści ujrzeli na swoich monitorach, co znajduje się w pudełku, konwersacja pomiędzy nimi brzmiała tak: czy ty widzisz to samo co ja widzę? Jeśli ja widzę to co ty widzisz, to robię sobie przerwę na kawę.

W tajemniczym, groźnie wyglądającym pudełku, znajdował się nadajnik GPS – taki sam, jakiego używają tiry czy karetki pogotowia, aby dyspozytor zawsze wiedział, gdzie się znajdują.

Akcja została zakończona, urządzenie zarekwirowane, ulice otwarte, a mieszkańcy mogli wreszcie bezpiecznie wrócić do swych domów. 

Na miejsce przybył mąż sprawczyni całego zamieszania i dzięki jego zeznaniu można było wyjaśnić sytuację. Spędził on noc na komisariacie. Następnego dnia rano przyznał się do przyczepienia nadajnika do podwozia samochodu swojej małżonki, by ją śledzić z domu przy pomocy komputera. Tak to z powodu zazdrości wszczęto alarm, wciągając w małżeńskie nieporozumienie prawie pół miasta. 

Podobne artykuły