Zastrzelił domniemanego kochanka swojej konkubiny

POWIAT OBORNICKI, WAGROWIEC. 31-letni Mariusz Sz., przez wiele lat mieszkał w jednej z miejscowości gminy Rogoźno. Pracując dla znanej w naszym powiecie poznańskiej firmy ochroniarskiej niemal codziennie bywał w Obornikach, choć najczęściej w Rogoźnie i Wagrowcu, gdzie ochraniał kilka firm. Jego znajomi oraz policjanci pomogli nam ustalić ostatnie godziny życia Mariusza a były ona tragiczne, brzemienne w śmierć dwóch osób. Jedną z nich był właściciel pewnego komisu samochodowego w Wągrowcu. 

Mariusz był człowiekiem miłym, otwartym i łatwo nawiązywał znajomości zyskując szybko sympatię – opowiadali o nim znajomi. Bywał też chorobliwie zazdrosny i zaborczy. Był stanu wolnego, nie miał dzieci. Żył od wielu lat ze swą stałą partnerką, której osoba stała się ważnym elementem całej tej historii. Co do jego psychiki, lekarze nie mieli żadnych zastrzeżeń. Dość rzec, że miał aktualne badania psychologiczne, które przeszedł dwa tygodnie temu w ośrodku wojskowym w Witkowie. 

Mariusz od pewnego czasu podejrzewał swoja partnerkę o romans z 36-letnim Marianem M., właścicielem autokomisu w centrum Wagrowca. W miniony poniedziałek około godziny 8 rano Mariusz Sz. pojawił się w pracy w jednej z firm ochroniarskich w Wągrowcu, gdzie miał półetatu. Odebrał broń i ostrą amunicję Tu warto wyjaśnić, że tę ochroniarze otrzymują tylko wtedy, jeśli jeżdżą razem z partnerem. Dyżurny nie zauważył w jego zachowaniu niczego podejrzanego. Podobnie niczego nie zauważył jego partner. Razem podjechali niebieską firmową Skodą pod auto-komis przy ul. Przemysłowej. 

Jego partner został w wozie, a Mariusz wszedł do salonu. Tam poprosił pracownika, aby wyszedł. Zostali w dwójkę z Marianem M. Bez wątpienia rozmawiali ze sobą i była to ich ostatnia rozmowa. Jak udało się nam ustalić, zazdrosny Mariusz już wcześniej kilkakrotnie dzwonił do domniemanego gacha swojej konkubiny. Można zatem sądzić, że i tym razem mówiono o niej. Nagle padło kilka strzałów. Właściciel autokomisu najprawdopodobniej zginął na miejscu. Wówczas Mariusz próbował popełnić samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Później w ciele Mariana M., znaleziono sześć ran postrzałowych. Siódmy strzał ochroniarz oddał do siebie, raniąc się bardzo poważnie. 

Z wybiciem godziny 12 o strzałach poinformowano policję. Funkcjonariusze po kilku minutach zabezpieczyli. Na miejsce przyjechali kryminalni wraz z negocjatorem oraz na wszelki wypadek jednostką policyjnych antyterrorystów z Poznania. Zabezpieczono komis i zamknięto ruch na ul. Przemysłowej. Z każdą godziną zabezpieczona strefa się poszerzała. Przez niemal cztery godziny ulica była wyłączona z ruchu, a przy biało-czerwonych taśmach gromadziło się coraz więcej gapiów. 

Mieszkańcy okolicy na własną rękę dociekali przyczyny zdarzenia – Słyszałam jeden strzał. To bardzo ruchliwa ulica. Zdenerwowałam się. Sama sytuacja jest stresująca. Tyle się dzieje za oknem. Ani z domu wyjść, ani wejść – tłumaczyła zdenerwowana jedna z mieszkanek bloku. W okolice komisu nadjeżdżały kolejne wozy policyjne. Tymczasem sytuację w budynku komisu obserwowała wciąż garstka policjantów. Nie było wiadomo, czy mężczyźni wciąż żyją, czy już nie. Zakładano także kolejne strzały.  

Właściciel firmy ochroniarskiej Robert Stein, który także przybył na miejsce, wołał przez megafon. – Panie Mariuszu, jeśli jest pan w środku, niech da pan najmniejszy znak. Chcemy panu pomóc! Mariusz, nie pogarszaj swojej sytuacji!  Jednocześnie policjanci próbowali się do ochroniarza dodzwonić, niestety jego telefon komórkowy był rozłączony, choć podczas służby miał być czynny. Minęła dobra godzina, gdy w Poznania przyjechali kolejni funkcjonariusze. Spokojnie włożyli hełmy i kamizelki kuloodporne wyjaśniając – Chcemy wejść od tyłu. Plan akcji konsultowali z obecnymi przed komisem obydwoma komendantami z Wągrowca, Tomaszem Francuszkiewiczem i Przemysławem Dorniakiem. Ewakuują mieszkańców kamienicy naprzeciwko autokomisu. – To dla waszego bezpieczeństwa – tłumaczyli mundurowi. Ich koledzy z długą bronią i lunetami już wcześniej zajęli strych. Gdy antyterroryści przygotowywali się do szturmu na budynek komisu, podjechała karetka pogotowia. Lekarze opiekowali się już przybyłymi na miejsce zdarzenia żoną i matką Mariana M. 

O godzinie 15:20 antyterroryści rozpoczęli akcję. Najpierw oddali dwa strzały ze strzelby tylu  mossberg w zamek przy drzwiach, potem wybuchły wrzucone do wnętrza granaty hukowe. Gdy opadł dym, policjanci wpadli do wewnątrz. Kilkanaście sekund później wyszli z informacją – jeden z mężczyzn jest ciężko ranny. Podjechała karetka. Do komisu wbiegli ratownicy. Tam znaleźli ciało Mariusza Sz., z raną postrzałowa głowy. 

Na polecenie komendanta Francuszkiewicza karetkę do szpitala w Poznaniu eskortował radiowóz. Gdy ruszyła z miejsca do przerażonych matki i zony właściciela komisu podszedł dwóch policjantów. Nie trudno było zgadnąć, co powiedzieli. Obie kobiety zalały się łzami. Gdy funkcjonariusze zabezpieczali miejsce zdarzenia w poznańskim szpitalu neurochirurdzy przystąpili do operacji pacjenta z rozległym uszkodzeniem mózgu. Operacja była bardzo skomplikowana i mimo ogromnego wysiłku nieskuteczna. 

Dzień później o godzinie 22:41 Mariusz Sz. zmarł nie odzyskawszy przytomności.

Podobne artykuły