Z daleka od luksusu

OBORNIKI. Po spaleniu się budynku przy ulicy Kowalskiej, w którym zamieszkiwał jeden z obornickich meneli, ruina została pusta, a poszkodowany dostał nowe mieszkanie. Obok zgliszczy znajduje się jednak mały budynek gospodarczy, dawna pralnia czy schowek. Cienkie mury ledwo trzymają się pionu, dach pokryty papą i liche okienko. 

Ubiegłego roku pojawił się tam mężczyzna w sile wieku. Były to Andrzejki, więc okoliczni mieszkańcy nazwali go „Andrzejkiem”. Z nikim nie utrzymywał znajomości. Był raczej samotnikiem. Drzwi z budynku się rozleciały, wiec ruszył „na miasto” i wrócił z innymi. Potem przez długie tygodnie systematycznie meblował swój „apartament”. Znosił stare fotele, materace i krzesła. To co psuło mu koncepcję urządzenia wnętrza zostawiał jednak na zewnątrz. Wreszcie spadł śnieg i Andrzejek co raz sięgał po któryś z pozostawionych na dworze mebli, by zamieniać je na ciepło. Gdy spalił już wszystkie graty, nosił nowe.  

Gdy zrobiło się cieplej w jego domu pojawił się lokator. Był w podobnym wieku i o podobnej kondycji społecznej. Teraz przechodnie mogli podziwiać, jak razem siadali na resztkach betonowego ogrodzenia, by raczyć się pierwszymi wiosennymi promieniami słońca i tanim winem. Czasem, gdy pokazało się w szkle dno, ruszali w teren. Andrzejka można było spotkać w okolicach rynku, jak tłumaczył komuś z przechodniów, że mu przelew nie zszedł i potrzebuje kredytu na krótki okres, tak na przykład złoty pięćdziesiąt. 

Raz udało się nam spotkać go w kolejce przed okienkiem Ośrodka Opieki Społecznej. Kasjerka w pewnym momencie przestała wypłacać zasiłki tłumacząc stojącym, że nie spodziewała się tylu chętnych więc musi iść do banku. Andrzejek aż jęknął  i zawołał błagalnie: może choć na razie tylko na piwo? Ostatnio w szopce Andrzejka zaszły kolosalne zmiany. Tydzień przed świętami przywlókł skądś stary telewizor, a dzień później pokazał się w garniturze. Nieco podniszczonym i trochę nie na jego rozmiar, jednak co by nie rzec, był w garniturze. Obserwujący go sąsiedzi westchnęli. – Nieuchronnie pociągnęło go ku luksusowi.

Przestając żartować, trzeba zauważyć, że wspomnianych tu „Andrzejków” jest w Obornikach znacznie więcej. Znoszą stare graty, śmiecą, gorszą, a wszystko to w starym centrum miasta, gdzie bywaja turyści i osoby spoza Obornik.  Pytany o ten problem burmistrz Bukowski powiedział: zastanawiamy się nad eksmisja takich osób. Jest wśród nich rodzina państwa K., z ulicy Lipowej. Ci jednak regularnie płacą czynsz, odbierając nam główny argument do eksmisji. Jednak będziemy szukać rozwiązań.

Podobne artykuły