Ratownicy medyczni oskarżają się wzajemnie o handel dyżurami, niszczenie sprzętu i kradzież leków

OBORNIKI. Podczas ostatniej sesji rady powiatu Paweł Bździak złożył interpelację  w sprawie potrzeby kontroli SP ZOZ, gdyż wedle jego wiedzy są tam łamane prawa ratowników z obornickiego pogotowia. Są oni zmuszani do podpisywania lojalek, mają nakaz milczenia o swej pracy, dyrektor zatrudnia obcych spoza powiatu, którzy nie znają terenu i wedle Bździaka dyrektor twierdząc, że ratownicy oglądają telewizję lub jedzą lody, pozbawia ich etosu pracy.

Sprawą zajął się przewodniczący Komisji Krajowego Związku Pracowników Ratownictwa Medycznego Robert Szulc. Zajął o tyle, że zapytał o fakty, a dyrektor Małgorzata Ludzkowska je wyjaśniła, tłumacząc, że użyte przez nią słowa na temat „oglądania telewizji i lodów” w czasie pracy ratowników były kolokwializmami bez pejoratywnego zabawienia.  

Postanowiliśmy i my musimy poznać fakty, aby móc ów problem przedstawić na naszych łamach. Najpierw zagłębiliśmy się w statystyce wyjazdów, by zrozumieć jak można oglądać w pracy telewizje i zajadać się lodami. Szybko się okazało, że średnia wyjazdów  ratowników wyraźnie spada. Jeśli jeszcze półtora roku temu wynosiła osiem do dziewięciu, to w minionym roku były to zaledwie trzy wyjazdy na dobę, a w styczniu tego roku nawet poniżej trzech. Czasem bywają dni, że nie ma wyjazdów wcale. Co robią w pozostałym czasie? Są w gotowości czekając na ewentualne wezwanie. W tym czasie wypoczywają, czasem się nawet nudzą.

Jak potwierdził jeden z pracowników – po te lody pojechali kiedyś karetką. Jedzą też w pracy pizzę, bo komendant straży pożarnej skarżył się, że nawet nie sprzątną po sobie kartonów po pizzy. Jednak mniejsza o to, bo czasem zjeść trzeba. Sprzątanie po sobie to już kwestia kultury osobistej. 

Dyrektor Ludzkowską zapytaliśmy o tzw. „lojalki”. – Nie zgodziłam się na to by ratownicy pracowali jednocześnie dla SP ZOZ i naszej konkurencji. Nie sadzę by jakikolwiek dyrektor postąpił na moim miejscu inaczej. Mogą jednak pracować dla innych SP ZOZ-ów i dla szpitala w Kowanówku. W podobny sposób dyrektor mówiła o zakazie udzielania oficjalnych wypowiedzi przez wszystkich pracowników szpitala. – Od tego jestem ja lub wyznaczony przeze mnie rzecznik. Nie zgodzę się by każdy z pracowników przedstawiał w prasie swoją wersję. 

Ratownicy w SP ZOZ są zatrudnieni na dwa sposoby. Jedni mają etat i wszystkie tego przywileje, drudzy pracują na kontrakcie i sami sobie płacą ZUS i urlopy. Zdecydowanie różnią się ich pobory. Etatowi zarabiają mniej, kontraktowi więcej i powoduje to konflikty. Jak sprawdziliśmy, w jednym z przypadków płaca ratownika wynosi 24 zł. na godzinę, a więc jest całkiem przyzwoita. Niestety owa płaca czasem bywa podstawą szemranych interesików. Skoro jedni zarabiają więcej od innych, ma miejsce kupczenie dyżurami. Rodzi to wielkie niebezpieczeństwo w przypadku jakiegoś błędu, bo w karetce jedzie inna osoba, niż wpisana na dyżur. Są też ci „obcy”. Ratowników zatrudnionych spoza powiatu obornickiego jest dziewięciu na 20 wszystkich zatrudnionych. Stopień ich znajomości terenu nie jest jednak w dobie satelitarnych GPS-ów żadnym problemem.

Wreszcie spełniło się życzenie radnego Pawła Bździaka i doszło do spotkania ratowników oraz dyrektor Ludzkowskiej ze starostą Wańkowiczem i jego urzędnikami. Nie było jedynie wicedyrektora ZOZ Pawła Kolasińskiego, odpowiedzialnego za ratownictwo, bo bawił akurat na wakacjach. Przyszli za to przedstawiciele trzech związków zawodowych, ale bardzo szybko się pokłócili. Przez pewien czas nie było wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. Na szczęście szybko się wyjaśniło, że jak zwykle chodzi o pieniądze.

Oprócz związkowców pokłócili się też ratownicy. Wytykali sobie różne dawne i świeże urazy, winiąc się wzajem za niepotrzebną „aferę”. Jej powodem było przesunięcie jednej z pielęgniarek pogotowia przez dyrektora Kolasińskiego. Wstawiła się za nią koleżanka, a obie wciągnęły do „akcji” dwóch ratowników powiadamiając o „krzywdzie” radnego, pisząc listy do prasy i nawołując innych do nieposłuszeństwa. Znaczna cześć załogi im jednak odmówiła, mając na uwadze własne interesy. 

To był jednak dopiero początek „dyskusji”. Ta trwała pomiędzy ratownikami nieco ponad godzinę pokazując, jak bardzo skonfliktowane jest to środowisko. Kłócąc się zaskakiwali słuchających ich urzędników prywatą, brakiem współpracy i integracji. 

Ratownicy wytykając sobie zajem nieprawidłowości przestali się kontrolować. Wtedy można było usłyszeć o handlu dyżurami, a także o dziwnych uszkodzeniach sprzętu w karetce typu „S”. Kto się go dopuścił, tego jeszcze nie wiadomo, choć są poważne podejrzenia. Sprzęt w karetkach jest drogi i został zakupiony za pieniądze podatników powiatu obornickiego. Jego dewastacja po to, aby zrobić sobie wzajem na złość, jest bez wątpienia przejawem wandalizmu a nawet głupoty. 

Wyszła też na jaw jeszcze jedna sprawa. Kradzież leków, będących na wyposażeniu karetek. To już nie tylko straty materialne, ale także możliwość narażenia czyjegoś zdrowia lub życia. Kradzież leków można bowiem skojarzyć z ich pokątnym handlem, a grozi za to kara pozbawienia wolności do lat trzech. Sprawa zostanie zbadana, bowiem dyrektor szpitala była zobligowana do powiadomienia o opisanych tu faktach prokuraturę rejonową w Obornikach.

Starosta i jego urzędnicy poznali całą prawdę o ratownictwie. Musieli być przy tym świadkami publicznego „prania brudów” mocno zwaśnionej grupy pracowniczej. Wśród zniesmaczonych tą sytuacją była także dyrektor Małgorzata Ludzkowska. – Mają nowe karetki, świetnie wyposażone, odpowiednią odzież roboczą, niezłe zarobki, czas na wypoczynek. Trwa remont pomieszczeń socjalnych w straży i w szpitalu, aby im było miło i wygodnie – wyliczała głośno, jakby zastanawiając się czego im jeszcze potrzeba. 

Zapytaliśmy dyrektor Ludzkowską, co by było, gdyby, tak na przykład, ratownicy odmówili pracy? – Tylko w tym tylko roku szkołę kończy 64 doskonale przygotowanych ratowników, więc o obsadę się nie martwię. Bardziej mnie martwi to, że nasi ratownicy mogą nie zdążyć z podniesieniem swych kwalifikacji do poziomu jaki bezwzględnie nakłada na nich Ustawa. Dziś przygotowanie zawodowe wielu osób jest na obecne wymogi dalece niewystarczające. Tylko jedna osoba kroczy ku maturze i planuje dalsze podnoszenie kwalifikacji. Prędzej czy później i ten problem trzeba będzie rozwiązać.

Podobne artykuły