Panie, pali się! Przyjeżdżajcie!

OBORNIKI. Niedawno obchodzono  europejski dzień numeru 112 i przy tej okazji postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej pracy dyżurnych powiatowej komendy straży pożarnej, którzy czekają po drugiej stronie słuchawki telefonu alarmowego. Chcąc sprawdzić, czy praca jest tak ciężka jak opowiadają inni funkcjonariusze komendy, czy też  porównywalna z pracą sekretarki, o czym mówili nam niektórzy mieszkańcy, spędziliśmy sobotni wieczór z dyżurnym, aspirantem Robertem Sałatą. 

Przez cały czas  telefony się urywały. Przeciętnie jest ich ponad 200 na jedną zmianę,  trwającą od 8 do 8 rano.  Dyżurny musi być nie tylko odporny na fizyczne zmęczenie, ale również na słowne ataki ze strony mieszkańców, którzy dzwonią z najróżniejszymi  sprawami. 

O dziwo najczęściej telefony dotyczą zablokowania się kodu PIN w komórce, czy wyjaśnień dotyczących włączonych syren. Małe dzieci dzwonią dla zabawy i pytają, kiedy tata wróci do domu, a młodzież ma ochotę zobaczyć wóz bojowy w akcji.

Do komendy napływają skargi na włączane na wsiach syreny alarmowe.  Gdy jednak dyżurny wyśle do pożaru jednostkę OSP, ochotnicy informują się o alarmie poprzez uruchomienie  syreny w danej miejscowości.  Telefonów dotyczących niebezpiecznych dla życia i zdrowia wydarzeń jest mniej niż połowa. Zdarza się, że dzwoniąca osoba mówi żartem, ale tak naprawdę jest w szoku i nie może racjonalnie myśleć. Dlatego też trzeba być czujnym przez całe 24 godziny  – powiedział nam Sałata. 

Najtrudniejsze telefonu to takie, gdy zaniepokojony obywatel dzwoniąc mówi tylko jedno zdanie: panie, pali się! Przyjeżdżajcie! Zanim ktokolwiek zdąży zapytać, gdzie się pali,  rozmówca rozłącza się. 

Najtrudniejsze jednak zadanie przed operatorami, gdy pożar lub wypadek jest faktem, jednak niewiadomą jest jego skala. Odpowiedzialność spada wówczas na barki dyżurnego, musi on wysłać odpowiednią liczbę samochodów oraz ludzi. Dość często nieodpowiedzialni kierowcy dzwonią, podając przesadzone fakty. Gdy miesiąc temu na trasie krajowej nr 11 pod Parkowem ciężarówka wpadła do rowu, kilkanaście alarmujących telefonów spowodowało, że z komendy został wysłano wóz bojowy, jednak na miejscu okazało się, że nikomu nic się nie stało, a kierowca nie potrzebuje żadnej asysty.

Podobne artykuły