Karetka z chorą uwięziona w śniegu i dziwne decyzje

ROGOŹNO. W poniedziałek około południa starsza kobieta, mieszkająca niedaleko placu Marcinkowskiego, wezwała pogotowie. Kierowca karetki, zamiast jechać najkrótszą drogą, przez ulicę Kotlarską a następnie Wielką Poznańską, zdecydował się na trasę przez ulicę Długą, o wiele gorzej utrzymywaną w okresie śnieżnej zimy. Tam karetka, z pacjentką w środku, wpadła w zaspę, która uniemożliwiła dalszą jazdę. 

Pracownicy pogotowia zadzwonili na numer alarmowy 112, który połączył ich z dyżurnym straży pożarnej. Ten niezwłocznie zadysponował asystę OSP Rogoźno. Jednak ulica była zbyt mocno zaśnieżona i samochód ochotniczej straży nie był wstanie wyciągnąć karetki.

Rogozińscy druhowie zadzwonili więc do straży miejskiej, aby wysłała im z pomocą pług śnieżny. O tej porze pługi odgarniały śnieg daleko od miasta. Żadnego nie było w pobliżu. Straż miejska wiedząc, że w takich przypadkach najważniejszy jest czas, a w Gościejewie stoi najnowocześniejszy wóz strażacki w powiecie, zadzwoniła po pomoc do tamtejszego OSP. 

Strażacy z Gościejewa chcieli wyjechać natychmiast, ale według zasad nie mogą tego zrobić bez pozwolenia komendy z Obornik.

Wydawało się, że w takiej sytuacji telefon do PSP o pozwolenie na wyjazd jest czystą formalnością, jednak dyżurny o zaistniałej sytuacji miał całkowicie odmienne zdanie: niech straż miejska nie miesza się w działania strażaków. Nie macie pozwolenia. Tak miał odpowiedzieć gościejewskim strażakom. Na nic zdały się wyjaśnienia, dyżurny był  nieubłagany.

W tym czasie poszkodowaną kobietę odebrała druga karetka. Chorą przeniesiono między pojazdami. 10 minut później przyjechał także pług śnieżny, z którego pomocą wyciągnięto uwięziony pojazd.

Nie jest to pierwszy przypadek, w którym dyżurni PSP podejmują dziwne decyzje. Przypomnijmy zdarzenia z 25 grudnia, kiedy do palącego się domu w Kiszewku dyżurny wysłał jednostkę OSP, nieposiadającą odpowiedniego sprzętu do gaszenia dużego pożaru, a w remizie pozostawił inną, przygotowaną na taką okoliczność. Wtedy nikt nie zginął, ale cała rodzinna została na święta bez dachu nad głową.

Podobne artykuły