Krótka historia pewnego samochodu

KOWANÓWKO. W przedświąteczny poniedziałek około godziny 15:15 przy wjeździe z drogi krajowej nr 11 na ulicę Sosnową w Kowanówku widziano, jak trzech mężczyzn zastanawiało się, co zrobić z niesprawnym białym Oplem Kadetem. Holowali go aż pękła przednia opona, a hol się zerwał. Do wulkanizatora daleko, a zmierzch zapadał. Zepchnęli więc auto na wąską dróżkę wiodącą przez zagajnik, równoległą do ulicy Sosnowej i tam go pozostawili. 

Stał tam cały wtorek, budząc zainteresowanie mieszkańców Kowanówka wyjeżdżających na szosę. Nocą z wtorku na środę ktoś się jednak autem specjalnie „zainteresował”, bo gdy zrobiło się jasno, można było zauważyć w nim wybitą od zewnątrz szybę oraz zniszczoną obudowę stacyjki. Bagażnik auta został najwyraźniej splądrowany. Zainteresowała się autem też nasza redakcja informując o godzinie 14:10 policję. – Tak wiemy o nim i staramy się ustalić właściciela – odpowiedział oficer dyżurny. 

Mijał czas, a auto stało nadal tam, gdzie je postawiono. W wigilijny czwartek widać było, że znów ktoś penetrował wnętrze Opla. Widziano też policjantów. Przybyli, popatrzyli. Jeden z nich podrapał się w uchu, drugi coś zapisał i tyle ich widziano. Nikt nie przybył po pojazd. Nikt go nie odholował.   

Minęła Wigilia i zaczęły się Święta. Mieszkańcy Kowanówka wyjeżdżali i przyjeżdżali, mijając Opla bez szyby i z rozprutą oponą. Około godziny 18:19 Miłosz G, jadąc z Obornik do Parkowa, zauważył w stojącym piąty dzień na poboczu drogi aucie blask płomienia. Pomyślał, że coś się w nim pali i zadzwonił na 112. Pięć minut później przejeżdżał obok płonącego już nie tylko wewnątrz, ale i na zewnątrz, auta Mateusz K. Także zadzwonił na 112. To wystarczyło i po trzech minutach przybyli na miejsce  strażacy. 

Przybyli w samą porę, bo auto paliło się w zagajniku i mógł spłonąć spory kawał lasu, a może i stojące nieopodal niego domy. Dość rzec, że minutę później auto przypominało ogromną kulę ognia. W pewnym momencie strzeliły w niebo biało niebieskie płomienie, a jeden ze strażaków powiedział:  to gaz. Na szczęście nie pękła butla z gazem, a jedynie się rozszczelniła. 

Ostatecznie ogień ugaszono. Strażacy zadbali, żeby odholować spalony wrak. Kto podpalił Opla? Tego jeszcze nie wiadomo. Lokalnym piromanem był zawsze Radosław Sz. Ma już na koncie spalony nad Wełną samochód, podpalał i inne obiekty, w tym nawet budynek mieszkalny. Może to właśnie on nie mógł się powstrzymać na widok cudzego auta z otwartą szybą? To jednak tylko hipoteza. Pewnym na razie jest tylko to, że odpowiednie do tego służby nie mogły sobie poradzić przez pięć dni z odholowaniem na parking jednego białego Opla.

Podobne artykuły