Dopóki płacisz – żyjesz, czyli perypetie mieszkaniowe pana Wojciecha

OBORNIKI. Pan Wojciech mieszka w lokalu, który przez wiele lat należał do zasobów gminy. Od 1978 roku starał się o mieszkanie, a w roku 1980 dostał wraz z żoną przydział na lokal po jej rodzicach przy ulicy Piłsudskiego i spędził w nim spory kawał życia. 

Był zatrudniony na poczcie jako listonosz, więc miał blisko do pracy. – Tak właściwie wszędzie mieliśmy niedaleko, więc nawet samochód nie był potrzebny – zwierzał się nam pan Wojciech. W swym małym mieszkaniu żył spokojnie, aż nadeszły nieszczęścia. Te zwykle chodzą parami, więc najpierw ciężko zachorowała jego żona a potem właścicielka domu odzyskała po latach nad swym budynkiem władzę i obwieściła, że będzie czynić starania o opróżnienie mieszkania pana Wojtka. 

Poinformowała władze gminy oraz lokatorów, iż daje im na wyprowadzkę całe pięć lat. Niby to szmat czasu, ale nie dla gminy. Pozyskuje ona co roku trzy do pięciu mieszkań i to najczęściej po zmarłych lokatorach, a kolejka oczekujących na lokal stoi wciąż bardzo długa. Sytuacja pana Wojciecha była jednak wyjątkowa, bo właścicielce domu trzeba był „zabrać” lokatora i gdzieś go zainstalować. Władze Obornik zaproponowały mu mieszkanie przy Drodze Leśnej, jednak odmówił. – Lokal był całkiem bez wygód. Zimny, wilgotny bez toalety w mieszkaniu, a żona miała ostatnie stadium raka. Jakże tam godnie żyć z ciężko chorą osobą – tłumaczył nam powód swej odmowy. 

Właścicielka wciąż jednak ponaglała. W gminie powiedziano mu: proszę nas wesprzeć w poszukiwaniach. Jak pan znajdzie pustostan, dostanie pan przydział. Opiekował się żoną i coraz starszą teściowa, a w wolnym czasie szukał więc mieszkania. Chodził i rozpytywał. Wreszcie znalazł mieszkania przy Piłsudskiego pod 24 i pod 35, na Łukowskiej w bloku przy wysypisku oraz na Kopernika 17. Ilekroć je jednak zgłaszał, tyle razy okazywało się, że ktoś ma tam już właśnie przydział i nic nie można zrobić. 

Nie można powiedzieć też, że gminni urzędnicy w tym czasie próżnowali. Panu Wojciechowi zaproponowano lokale w Objezierzu i w Górce. Jednak, jak twierdzi, nie miałby jak dostać się do pracy, bo z obu miejscowości nie ma dobrego transportu publicznego, a on nie ma własnego pojazdu. Znów odmówił i dalej czekał. 

Niestety, zmarła mu ukochana żona. Niedługo potem zmarła mu teściowa. Został sam na świecie, a to zmieniło jego status. Nadal czekał na mieszkanie, ale już jako samotny miał jeszcze mniejsze szanse na rychłe jego otrzymanie. 

Wolnymi lokalami zawiaduje prócz burmistrza i urzędników także społeczna komisja mieszkaniowa. Chodzi o to, by wszelkie decyzje zapadały kolegialnie i były przejrzyste. Pan Wojciech zaczął chodzić na posiedzenia komisji, jednak i to nie wiele mu dało. Aż wreszcie pokazało się światełko w tunelu. 

Dowiedział się, że zmarła pewna starsza pani zajmująca skromny pokoik z kuchnią przy ulicy Kopernika. W napięciu czekał na kolejne posiedzenie komisji lokalowej. Gdy pochwalił się swym odkryciem, wśród członków komisji można było zauważyć pełną konsternację. Nikt o tym lokalu nie wiedział. Może nie zmarła, tylko wyjechała lub jest na przykład w szpitalu – domniemano. Jak najszybciej pobiegł więc do wydziału meldunkowego. Tam uzyskał informację, że pani Z. z całą pewnością nie żyje. Kolejna wizytę złożył w PGKiM, które opiekuje się gminnymi zasobami mieszkaniowymi. Tam dowiedział się, że pani Z. jednak żyje. Nie mógł uwierzyć, więc znów pobiegł do wydziału spraw obywatelskich urzędu miejskiego. Tam potwierdzono mu fakt zajścia starszej pani i to kilka miesięcy temu. 

Gdy wrócił do PGKiM poszedł wprost do samego prezesa. Tam dopiero się wyjaśniło. Dla obornickiego PGKiM obywatel żyje tak długo, jak długo płaci swoje rachunki. Mimo śmierci najemcy nadal wpłacano czynsz, więc najemca dla spółki żył, a skoro żył, to przekazanie mieszkania komu innemu nie było możliwe. Takich mieszkań nie zgłasza się do wolnych zasobów, nic o nich nie wie komisja mieszkaniowa i ten kto sprytnie myśli może mieszkać w takim lokalu bez żadnych ograniczeń. 

Tym sprytnym okazał się zięć zmarłej. Mieszkał dotąd przy ulicy Kwiatowej, ale właściciel domu miał go już dość i wypowiedział mu lokal. Zięć. chociaż nie płacił czynszu za dotąd zajmowany lokal, teraz zaczął go płacić za zmarłą teściową i jednocześnie czynić starania o uzyskanie formalnego przydziału na lokal przy ulicy Kopernika. Będzie twierdził, iż od dawna mieszkał z teściową i regularnie opłacał czynsz. – Na bruk mnie przecież nie wyrzucą – powiedział znajomym i złożył w urzędzie odpowiednie dokumenty.

Pan Wojciech jest człowiekiem prawym i poczciwym. Stara się o mieszkanie metodą legalną i wygląda na to, że jeszcze długo na nie poczeka.    

 

Podobne artykuły