Śpiewający Norwedzy o obornickich dziewczynach

OBORNIKI. Ostatni piątek w kościele Miłosierdzia Bożego był szczególnie śpiewający. Stało się tak za sprawą występów chóralnych.  Głównym gościem był norweski chór pod dyrekcją P. Milotzkiego.

Znajomość z norweskim zespołem miasto zawdzięcza regionalnemu chórowi Cantinela, również występującym tego wieczor, który na międzynarodowym konkursie chórów zaprzyjaźnił się z Norwegami i zaprosił ich do Obornik. 

Norwegowie byli goszczeni już po raz trzeci. Tym razem nie przyjechali sami. Wspomagał ich zespół Tress i Ess, grający muzykę w stylu jazz. Jabłko nie pada daleko od jabłoni, dlatego nikogo nie dziwiło, że liderem zespołu był syn dyrygenta.  Połączenie jazzu ze śpiewem choralnym oczarowało słuchaczy. Przez 40 minut występu niemal wszyscy zamienili się w posągi z kamienia, słuchając jak oczarowani występu. 

Po koncercie władze miasta zorganizowały dla zagranicznych gości przyjęcie. Odbyło się one na zapleczu firmy Guma. Tam też dowiedzieliśmy się, że w latach 80-tych P.Milotzki, po ukończeniu Akademi Muzycznej, w pogoni za chlebem, wywędrował do Norwegii, gdzie  zdobył prace jako dyrygent w Bergen. Po upadku PRL chciał wrócić, ale oczarowany przez jedną z tamtejszych kobiet pozostał. Jego syn, chociaż świetnie mówi po polsku, posiada tylko obywatelstwo norweskie. 

Norwescy chórzyści często odwiedzają Oborniki. Jak nam opowiedział jeden z nich, gdy idziemy do klubu, wchodząc widzimy trzy piękne dziewczyny; u nas wchodząc do trzeciego klubu z rzędu, widzi się tylko jedną ładną. Poza tym chwalili sobie obornickie jedzenie i rewelacyjne piwo. Na przyjęciu na szczęście nie zabrakło ani pierwszego (na ruszt poszły trzy wielkie szynki), ani drugiego, tak iż ksiądz proboszcz wracał na plebanię rowerem.  

 

Podobne artykuły