O Pelagii, co straszyła ubeckim więzieniem

OBORNIKI. Pani R. jest wdową po bodaj najokrutniejszym ubeku jakiego nosiła kiedykolwiek ziemia obornicka. Od dłuższego czasu kobieta ta czyni starania o wykup ładnego, dwupokojowego mieszkania komunalnego w którym żyje od dawna i żyć może do końca swych dni. 

Początkowo urzędnicy gminni mieli zamiar sprzedać jej lokal. Sporządzono nawet dokumentację i dokonano wyceny. Okazało się jednak, że umowa jest nieprecyzyjna i zawiera błędne wyliczenia. Notariusz ją odrzucił a urzędnicy zaczęli przygotowywać umowę od nowa. 

Mijał czas i szybko zmieniała się sytuacja w gminnych zasobach mieszkaniowych. Masowa wyprzedaż lokali spowodowała, że zaczęło brakować mieszkań komunalnych. Władze odpowiedzialne za zabezpieczenie mieszkań najbardziej potrzebującym zmieniły filozofię i zaprzestały ich sprzedaży. Miały na to tez wpływ zebrane informacje o wcześniejszych transakcjach, z których wynikało, że zakupione od gminy za „grosze” mieszkania trafiały natychmiast na rynek wtórny, ale już po cenach rynkowych. 

Pani Pelagia usłyszała zatem odmowę. Poinformowano ją, że gmina nie widzi powodu, by odsprzedać jej zajmowane przez nią mieszkanie. Pani R., wiedząc już ile może kosztować dwupokojowe mieszkanko z wszystkimi bonifikatami, wpłaciła na konto gminy kwotę 14 tysięcy złotych. Potem zarządzała dokonania aktu sprzedaży. 

Znowu słysząc odmowę nękała urzędników i władze Obornik twierdząc, że muszą jej sprzedać lokal, bo się to jej należy. Będąc w urzędzie, słyszeliśmy jak urągała na korytarzu – gdyby mój mąż żył, to byście wszyscy siedzieli w więzieniu. On by wam tam już pokazał. Pani R pewnie nie zauważyła, iż wiele si e w naszym kraju zmieniło i takie straszenie nie robi wrażenia. 

Zaczęła więc nagabywać prawników, aby ci zmusili gminę do sprzedaży. Gdy ją pytano o podstawę do takiego żądania, odpowiadała niezmiennie: bo mi się należy. 

Gmina nie chcąc przetrzymywać jej pieniędzy poprosiła panią R. o ich odbiór. Kobieta odmówiła twierdząc, że jak zapłaciła, to mieszkanie musi dostać. W tej sytuacji urząd założył jej lokatę, aby miała prócz kapitału także odsetki. Pieniądze zdeponowała w sądzie. 

Podczas posiedzenia w sprawie depozytu pani R., nagabywała sędziego: niech pan zmusi panią burmistrz, żeby mi sprzedała mieszkanie. Sąd wytłumaczył jej, że postępowanie dotyczy utworzenia depozytu, a nie sprzedaży mieszkania. Potem to samo wyjaśniał jej adwokatowi, który najprawdopodobniej nie bardzo wiedział, w jakiej sprawie znalazł się w sądzie. Ostatecznie depozyt ustanowiono. Sąd próbował też wyjaśnić pani R., że nie można żadnego podmiotu zmusić do sprzedaży jego własności, nawet wpłacając mu zaliczkę. 

Sprawa wykupu mieszkań nadal budzi u wielu osób ogromne emocje. Jeżeli można było kupić mieszkanie za 14 tysięcy złotych, a potem zaraz je sprzedać za 114 a może i za 214 tysięcy, to trudno się nawet temu dziwić. Któż nie lubi zarobić. 

Podobne artykuły