Rozwód z powodu przyzwyczajenia

OBORNIKI. Nie ma bodaj lepszych miejsc na otarcie się o samo życie i płatane przez nie figle, jak mroczne i pełne tajemnic sądowe korytarze. Krążąc po nich w poszukiwaniu wartych opowiedzenia hidtorii spotkaliśmy niedawno w jednym z sądów oborniczanina Antoniego Ś. Był tam umówiony z dalekim kuzynem, adwokatem, który ma go wspierać radą i sercem podczas sprawy rozwodowej. 

– Dlaczego pan się rozwodzi panie Antoni? – zapytaliśmy nieco zdumieni, statecznego i wręcz nobliwego, zdawać by się mogło, pięćdziesięciolatka. – To nie ja się rozwodzę. To żona rozwodzi się ze mną – wyjaśnił jakby nieco zawstydzony, a może tylko zamyślony pan Antoni. Tego dokładnie nie wiemy, bo mrok korytarza starego sądu nie pozwalał nam dobrze dostrzec jego twarzy. 

Mężczyzna usiadł i początkowo wolno i z pewnym onieśmieleniem, a potem już coraz chętniej zaczął nam opowiadać o tym jak potraktowało go życie. 

– Małżeństwo rozpadło mi się z powodu przyzwyczajenia, powiedział do nas patrząc w zadumie gdzieś w pustkę za nami. – Jak to z przyzwyczajenia? 

Nim  minął kwadrans pan Antoni, niczym pęknięta tama, wyrzucał z siebie to wszystko, czym mógł się podzielić tylko z nieznajomymi. Zapewniliśmy go, że opiszemy jego przypadek, jako przestrogę, zmieniając imiona, adresy oraz inne dane tak skutecznie, aby uniemożliwić identyfikację głównych bohaterów tej tragikomedii. 

Faktem jest jednak to, że Antoni Ś., pomimo dobiegającej pięćdziesiątki, był mężczyzną wysokim i szczupłym, choć dość postawnym, o wciąż jeszcze przystojnych rysach twarzy. Mógł w pewnym przybliżeniu przypominać nieco popularnego niegdyś aktora. Tak przynajmniej stwierdziła jego sąsiadka, Longina Dź. Po raz pierwszy porównała go z tym aktorem podczas przypadkowego spotkania przy osiedlowym śmietniku. Wpadli tam na siebie z wiaderkami i to w sensie dosłownym. Ani przez moment nie przypuszczali wówczas, jaką rolę w ich życiu odegra ów śmietnik.

Antoni Ś. Mieszkał na jednym z obornickich osiedli. Pracował od wielu lat w pewnej firmie z branży budowlanej, zajmując się tam kompletowaniem dokumentacji i wykonując drobne zlecenia szefów. O swojej pracy sam powiedział – nie była fascynująca, ale pewne i dało się z niej wyżyć. Jego małżonka prowadziła drobną działalność gospodarcza, córka dawno już wyszła za mąż i wyjechała do innego miasta. Po pracy Antoni Ś., oglądał telewizję, pił raczej umiarkowanie, lubił wycieczki piesze lub rowerowe oraz książki historyczne. W taki też właśnie sposób przedstawił się uśmiechniętej sąsiadce podczas wieczornego spotkania przy śmietniku. 

Pani Longina wyszła wówczas pod osłoną zapadającego mroku w samym tylko szlafroczku na nocnej koszuli, licząc na to, że nikogo nie spotka. Tymczasem nie tylko spotkała Antoniego, ale jeszcze niechcący uderzyła go wiaderkiem. Pałąk za który je niosła wyhaczył się i jakaś poobiadowa resztka ubrudziła Antoniemu spodnie. Pani Lonia przepraszała go za to i schylona starała się te spodnie oczyścić chusteczką. On się bronił, twierdząc że to drobiazg. Jednak nie mógł oderwać wzroku od jej rozchylonego szlafroczka odsłaniającego całkiem kształtny dekolt nie znanej dotąd z tej strony sąsiadki.

– Są gusty i guściki, tak jak są biusty i biuściki – zażartował rozluźniany coraz bardziej pan Antoni – a ja wtedy chyba zagustowałem w mojej Loni. Ostatecznie pani Longina umówiła się z sąsiadem, że przy okazji wypiją razem kawę i ona dowie się, czy aby nie zostały na spodniach jakieś plamy. 

Longina Dź. pracowała w oświacie i była samotną panną, o bardzo ciepłej powierzchowności i nie mniej miłych kształtach. Nie to, że żyła całkiem sama, bo miała rodzinę oraz wiele przyjaciółek oraz kolegów. Jednak nie wyszła nigdy za mąż, czasami tego żałując. Tośkowi – bo tak spieszczała imię Antoni – opowiadała, że miała kiedyś spore powodzenie, jednak nie mogła się zdecydować. Koleżanki poodbierały jej jednego absztyfikanta po drugim i nim się obejrzała stuknęła jej czterdziestka. Koleżanki miały już rodziny, a ona dzielnie trwała solo. 

Początkowo nie zwróciła uwagi na incydent przy śmietniku. Jednak niemal codziennie zaczęła teraz spotykać na swej drodze Antoniego. Mijał ją z uśmiechem, czasem przystanęli, aby pogadać o czymś obojętnym. W końcu ona zaprosiła go do siebie na obiecaną kawę. 

Było miło. Rozmawiali o książkach, filmach i telewizji. Innym razem on naprawił jej w domu gniazdko elektryczne i jakieś urządzenie, bo z zawodu był elektrykiem. 

Odwiedziny u sąsiadki ukrywał przed żoną. Wychodził niby na spacer, obchodził blok od tyłu, przemykając pod balkonami, szybko wchodził do sąsiedniej klatki schodowej, licząc na to, że nie zauważy go żona. 

Mijał czas. Sąsiedzkie spotkania niemal niedostrzegalnie przerodziły się w romans. Godzinka lub dwie u Loni były dla Antoniego wczasami na Riwierze. Nadawały sens jego nudnemu życiu, stawały się coraz bardziej ważną częścią bytu Antoniego, który przestał już liczyć na wygraną w totka, awans w pracy, czy dawne zainteresowanie u małżonki. 

Również pani Longina zaczęła tęsknić za Antonim, czekając niecierpliwie na jego kolejne wizyty. Chociaż już dawno postanowiła nie wiązać się z nikim na stałe, to jednak myśl o życiu bez Tośka u boku, stawała się jej coraz bardziej przykra. Nie zależało jej przy tym bynajmniej wcale na tym, aby odszedł od żony. Zaczęła czuć się w pewnym sensie mężatką, będąc jednocześnie w pełni niezależną. 

Brakowało jej tylko jednego. Chciała spędzić z Antonim parę dni, tak aby z nim zasypiać, a rankiem się obok niego budzić. O wspólnym wyjeździe nie mogło być mowy, choć Longina bardzo go na to namawiała. – Co ja powiem w domu? – pytał. Parę godzin, to jeszcze jakoś wytłumaczę, ale parę dni? 

Jednak wiadomo, że jak kobieta coś sobie postanowi, to już prawie jak wyrok. Pani Longina zgodziła się na to, że na razie nie wyjadą, ale z choć kilku dni razem zrezygnować nie chciała. Antoni zaczął więc kombinować. Podczas obiadu rzucił żonie od niechcenia, że będzie musiał wyjechać na Śląsk, bo są tam jakieś dokumenty do skompletowania. Nie patrząc na żonę dodał, że mu się nie chce, gdyż będzie trzeba odwiedzić wiele instytucji i spać gdzieś po hotelach, a tak w ogóle to on wolałby zostać z nią w domu. 

Po paru dniach żona sama zapytała o ten wyjazd, a Antoni znów z udawaną niechęcią odparł, że musi wyjechać za trzy dni. Już sprawdził, że wyjdzie z Obornik tym o 16:40 do Gliwic, aby tam dotrzeć na 22:40. W hoteliku będzie około 23, to się zdąży wyspać. – Nie mogą cię zwolnić z pracy prędzej tak, byś jechał wcześniejszym pociągiem i nie tłukł się nocą po obcym mieście? – zapytała go z troską małżonka. Na to także Antoni był przygotowany wyjaśniając, że ten 22:40 jest jedynym połączeniem bez przesiadek. 

Gdy nadszedł dzień pseudodelegacji, rosło podniecenie w każdym z mieszkań. Pani Leokadia nakupiła delikatesów. Sprawiła sobie „coś do spania”, nowego, cienkiego i leciutkiego. Antoni walczył ze stłamszonym sumieniem, miotając się pomiędzy ewidentną zdradą kobiety, z którą przeżyli razem prawie 30 lat a chęcią spędzenia kilku upojnych dni z cieplutką Lonią. 

Nic nie przeczuwająca małżonka Antoniego wyprała i wyprasowała mu najlepszą piżamę i kupiła mężowi pasiasty szlafrok, aby wyglądał porządnie tam w świecie. Potem uszykowała mu kanapki twierdząc, że w tych pociągach to nie wiadomo czym karmią i dołożyła termos z herbatą, bo po kawie nie zaśnie. 

Antoni o żadnym śnie wcale nie myślał. Cmoknął żonkę w policzek, wziął w garść nieco wysłużony już neseserek i wyszedł z domu. Tym razem ruszył w kierunku dworca, a odwróciwszy się pomachał jej jeszcze na pożegnanie. Gdy skrył się już za blokami, obiegł je truchtem i starym sposobem wbiegł do pierwszej klatki z końca bloku, gdzie już czekała go Leokadia.

Tym razem nie musieli się spieszyć. To nie była godzinka na pospieszny sex i odrobinę czułości przed zbliżającą się kolacją z żoną. Mieli wreszcie czas tylko dla siebie. Rozmawiali, planowali. Nakryli wspólnie stół i siedli niespiesznie do wczesnej kolacji. Potem obejrzeli jakiś film w telewizji i posprzątali razem ze stołu. Lonia pomyła naczynia a Tosiek obejrzał wiadomości. 

Leokadia była zachwycona. Miała wreszcie „swego mężczyznę”. Trzeba w tym miejscu wyjaśnić młodszym czytelnikom, że kobieta nigdy nie będzie całkowicie pewna swej zdobyczy i w pełni nie zatriumfuje nad nią, dopóki nie zagoni chłopa do wyrzucenia śmieci. Dochodziła niemal północ, gdy tresowany przez 30-letnie pożycie Tosiek złapał karnie za wiaderko od którego się wszystko zaczęło i ruszył chyłkiem do śmietnika. Wysypał śmieci i również chyłkiem wrócił do domu.  Nacisnął klamkę, nie ustąpiła. Krótko zadzwonił i w drzwiach stanęła… jego ślubna małżonka. 

– Nie potrafię panu opisać jak bardzo byłem tym zaskoczony. Jednak jeszcze bardziej ode mnie zaskoczona była żona. Dochodziła północ. Ja zamiast spać w Gliwicach, stałem na progu w piżamie, laczkach i swym nowym szlafroku na dodatek z wiaderkiem na śmieci w dłoni. Pierwsza z osłupienia wyszła połowica pana Antoniego i zapytała – co to za wiaderko, jakby to właśnie było w tym wszystkim najważniejsze.

Jak sobie łatwo wyobrazić, w takiej sytuacji trudno mu było powiedzieć coś innego niż prawdę. Ta prawda zaprowadził pana Antoniego do sądu, gdzie liczył na spotkanie z dalekim kuzynem adwokatem. Chciał się poradzić w sprawie mieszkania, podziału majątku i tych wszystkich przykrych zawiłości, które powstają, gdy się ludzie rozwodzą. A pomyśleć tylko, że mogłoby do tego może i nigdy nie dojść, gdyby nie przyzwyczajenie. Bo jeżeli przez ponad ćwierć wieku po wyrzuceniu śmieci Antoni wracał zawsze do swego mieszkania, to tego fatalnego  dnia zrobił to zupełnie odruchowo.    

Podobne artykuły