On do powódki a oni po wódkę, czyli historia pewnej ciąży

POWIAT OBORNICKI. Niedawno Arkadiusz Ś. został pozwany przed sąd o ojcostwo i związane z tym alimenty. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż Arkadiusz Ś ma prawie lat 65 i jest nieco przygłuchy, a powódka o prawie 40 mniej i słabo go zna. 

27-letnia Andżelina mieszka w jednej ze wsi powiatu obornickiego. Jej sytuacja życiowa jest, najoględniej mówiąc, wciąż nie unormowana. Andżelina często się zakochuje, jednak nie ma szczęścia do trwałego związku. Niebrzydka blondynka przy kości, specjalnie nie wybrzydza. Lubi muzykę, męskie towarzystwo i trunkiem też nie pogardzi. Niestety, wszyscy chłopacy koło trzydziestki są już żonaci.  

We wsi jest baza samochodowa. Przewija się przez nią wielu kierowców. Nieraz przybywają tam z odległych województw. Bazy pilnuje Arkadiusz Ś. Samotny rencista Andżeliny jednak zupełnie nie interesował. Ona wołałaby kogoś młodego, przystojnego, który zabrałby ją ze wsi. W mieście są dyskoteki, różne kluby i w ogóle coś się dzieje, a nie tak jak na wsi – mawiała do poznawanych kierowców w nadziei, że zaproponują jej wyjazd. 

Dom Andżeliny należał do dwóch atrakcji tej wioski. Jedną był wiekowy kościół, drugą stary domek, w którym mieszkała. Wraz z gośćmi Andżeliny, wchodził do jej mieszkania wielki świat. Opowiadali jej o szerokich autostradach, wielkim miastach, które nigdy nie zasypiają. W nagrodę za opowieści zawsze mogli coś u niej wypić lub dla odmiany poznać sekrety obfitych kształtów zasłuchanej gospodyni. 

Wśród kierowców był Norbert. Kiedyś zabrał nawet Andżelinę do Bielefeld w Westfalii, gdzie miał dostarczyć ładunek. Od czasu, gdy wrócili, Norbert mógł zawsze liczyć na wszystko, co tylko mu przyszło do głowy. Miłość trwała przez kilka miesięcy, aż kobieta zorientowała się, że jest w ciąży. Najpierw długo myślała, jak mu o tym powiedzieć, potem powiedziała mu poprostu – jestem w ciąży. Na taką szczerość Norbert odpowiedział nie mniejszą szczerością: jestem żonaty i mam już czwórkę dzieci. Potem było trochę płaczu i drobne wypominki, że było uważać. Na koniec Norbert obiecał coś wykombinować. 

Niebawem spotkał się z innym kierowcą, noszącym ksywkę Bolo. Był on wielkim cwaniakiem. Chętnie doradzał kierowcom, jak oszukać tachograf, by nie wykazał przestoju, jak spuścić paliwo, żeby nie było śladów. Norbertowi poradził, aby wyjechał i więcej się nie pokazywał. Norbertowi jednak żal był zostawić Andżelę. Miał u niej wygody, ponadto bał się, że ta go łatwo znajdzie i oczyma wyobraźni widział, jak kochanka z maleńkiej wioski w powiecie obornickim staje nagle w jego mieszkaniu, przed jego żoną, z wielkim brzuchem i pretensjami.  – Coś trzeba wymyślić – rzekł do kumpla, a Bolo zaczął natychmiast kombinować na nowo. Razem odwiedzili Andżelę i ustalili, że dziecko jako takie musi mieć ojca. Najlepiej takiego, co by płacił i nie miał żadnych praw do Andżeli. Wówczas ona miałaby na utrzymanie a Norbert mógłby odwiedzać ją i dziecko. Był tylko jeden problem. Jak znaleźć kandydata na alimenciarza ze stałymi dochodami? Tu znów z pomocą pospieszył Bolo. Najlepszy byłby ten dziadek, co na bramie pilnuje. Jeszcze w sile wieku, ma rentę, pensję stróża i co nieco na boku od szoferaków, żeby nie widział, jak wynoszą części i towar za bramę. Razem jest to pewny grosz, a do tego sam wspominał, że mu się Andżelina podoba. 

Arkadiusz Ś. pochodził z innej wsi, ale czasem spotykał Andżelinę w sklepie, albo widział ją w ogrodzie przy domu. Nosiła czasem opiętą sukienkę i schylając się w niej, bezwiednie zmuszała Arkadiusza do myśli nieczystych. Andżelina najpierw się opierała takiej kandydaturze, choć miała świadomość, że korespondencyjnie się tego załatwić nie da. Jednak czego matka nie zrobi dla dziecka. Rzekła – zgoda, ale od tyłu, bo jest stary i mi się nie podoba. 

Drugą częścią planu było doprowadzenie do zbliżenia stróża z Andżelą. Bolo odwiedził go razem z Norbertem w portierni. Arkadiusz Ś. strasznie się nudził, więc chętnie widział gości. Wiadomo, że jak trzech facetów zacznie rozmawiać, to prędzej albo później przejdą na temat "bab". Tak też było i tym razem. Po sporcie i pracy, zahaczyli wreszcie o Andżelinę. Bolo zwierzył się Arkadiuszowi, że słyszał od niej, iż by go chętnie do siebie zaprosiła. Trochę to Ś. zaskoczyło. Ale obaj zaczęli mu tłumaczyć, że ona nie lubi młodych. Dla niej męski jest starszy mężczyzna o stabilnej pozycji, a ponadto Arkadiusz bardzo się jej spodobał. Najbardziej to by chciała, żeby ją zaszedł od tyłu. Gdy Bolo wspomniał, że załatwi spotkanie, jak Arek postawi, to Ś. zmiękł. – Pójdziemy do niej, jak nas przyjmie, to stawiam pół litra. Jak zechce mi dać, to macie drugie – i na dowód pokazał banknot. 

Gdy stanęli przed domem Andżeliny, do środka wszedł najpierw Bolo. Była trochę zaskoczona, że tak szybko. Nieco się ociągała, ale Bolo nalegał. – Pięć minut i masz po kłopocie oraz pewne alimenty. Wtedy powiedziała  dobra i poszła do łazienki, Bolo wyszedł i rzekł – dziadek, daj stówkę, bo masz załatwione. My kupimy litra i poczekamy na ciebie, a ty wchodź, bo ona tam czeka. Arkadiusz przeżegnał się, bo człek zeń był bogobojny i ruszył do mieszkania. Norbert z Bolem zaś odwiedzili sklep, kupili wódkę i poszli z nią na portiernię. Ktoś przecież musiał pilnować wielkiej bazy, żeby jej nie rozkradli. 

Arkadiusz wrócił dopiero po dwóch godzinach. Obaj kierowcy byli już nieźle pijani. Chętnie by im potowarzyszył, ale szkło było już puste. Rankiem Bolo się umył i ruszył w trasę. Norbet miał załadunek po południu, zatem odwiedził Andżelinę. Okazało się, że najpierw trochę pogadali dla śmiałości, potem napili się wina, a następnie zapewniła dziecku alimenty. Arkadiusz okazało się dziarski i musiała mu ulec jeszcze dwukrotnie, bo bardzo nalegał. Miała jednak dobre serce i pomyślała, że jak ma płacić przez resztę życia, to coś mu się należy. 

Norbert wyjechał i nie pokazał się przez dłuższy czas. Arkadiusz Ś. starał się odwiedzić Andżelinę jeszcze kilka razy, ale zawsze spotykał się ze stanowczą odmową. Oganiała się od poklepywań i uścisków, choć przynosił drobne upominki i słodycze, Czekała na Norberta. Gdy losy znów go rzuciły do znajomej bazy, uradzili że pora pogadać z dziadkiem. Andżelina zaprosiła Arkadiusza i po kawie oświadczyła mu, że jest w ciąży. Stróż zrobił wielkie oczy i stanowczo rzekł – chyba nie ze mną. Gdy zagroziła sądem, wyszedł wzburzony. 

Kiedy tylko urodziło się dziecko, pojechała do Obornik, a tam radczyni napisała jej pozew o ustalenie ojcostwa oraz alimenty. Złożyła go w sądzie. Wreszcie przyszedł dzień, gdy stanęła wraz z Arkadiuszem przed wymiarem sprawiedliwości. Sędzina odczytała pozew i zapytała, czy Ś. uznaje dziecko. Arkadiusz uśmiechnął się i rzekł krótko: nie. Sędzina powstrzymała gestem Andżelinę, która chciała coś tłumaczyć i zapytała Arkadiusza: czy spółkował pan z powódką. Tu stróż się zasępił i stanowczym głosem odparł: ja wysoki sądzie żadnej spółki z nią żem nie miał. Poszedłem do niej tylko sobie p…ć, a oni po wódkę to poszli sami. 

Sędzina z trudem zapanowała nad mimiką i z twarzą godną wymiaru sprawiedliwości znów zapytała, czy zna powódkę. Arkadiusz był już zniecierpliwiony – po wódkę poszli oni i jeszcze mi reszty nie oddali. Ja zostałem żeby… – tu sędzia przerwała, bo wiedziała już czym zajmował się Arkadiusz u Andżeliny. Cierpliwie wytłumaczyła mu, że pani twierdzi, iż on jest ojcem dziecka. Słysząc proste słowa Arkadiusz "załapał" i wyjął pismo, z którego wynikało, że ma od urodzenia pewien feler, skutkiem czego nie może być ojcem. Andżelina zawołała – przecież on ze mną aż trzy razy, ale nagle coś zrozumiała i cicho dokończyła myśl słowami – i to zupełnie niepotrzebnie.

Sąd oddalił pozew, Andżelina wróciła do domu a Norbert obiecał jej pomagać. Arkadiusz Ś. wciąż zastanawiał się, o jakiej spółce mówił sąd i kto do niej należał.

Podobne artykuły