Życie i upadek Korneliusza C.

POWIAT OBORNICKI. Opisując historię wzlotu i upadku pewnego obywatela gminy Oborniki, nadaliśmy mu dla kamuflażu dość rzadkie imię Korneliusz. Z pierwszą literą nazwiska też nie było problemu, bo nic tak nie pasuje do cwaniaczka, jak literka C. 

Tak więc Korneliusz C. był sobie drobnym hochsztaplerem i kanciarzem a, z tą profesją mógł być kim tylko zachciał. Przystojny, szczupły brunet o miękkim głosie, którym przemawiał ciepło, by nie rzec czule, zawsze patrząc słuchaczom w oczy. Upewnił ich w ten sposób co do swej prawdomówności i szczerości. Mieszkając w Obornikach karierę robił szybko, łapczywie, mówiąc zawsze to, czego przyszli szefowie chcieli słuchać. Na poparcie swych słów miał przeważnie właściwy dokument. 

Start zawodowy kanciarza zaczął od samego dołu, czyli od drobnego fałszerza. Wtajemniczeni wiedzieli, że można u niego kupić niejeden potrzebny dokument. Były to różne zaświadczenia, umowy, świadectwa pracy, czy dokumenty celne. Żona Korneliusza pracowała w służbie zdrowia, więc "zwędziła" dla niego bloczki recept i właściwe pieczątki, by Korneliusz mógł rozszerzyć swój asortyment także o zwolnienia lekarskie lub potwierdzenia choroby uniemożliwiającej stawienie się w sądzie, czy na policji. 

Wśród klienteli Korneliusza był pewien „Cwaniak”, który wiedział jak „wyrwać” z banku niezły grosz, o ile ma się solidny komplet właściwych papierków.  Korneliusz napisał co trzeba i podstemplował czym należało. Potem „Cwaniak” poszedł z tym do „Większego cwaniaka”. Ten zabrał go „Największego cwaniaka w gminie” i razem pojechali do banku. Cwaniacy czekali na zewnątrz. Korneliusz wszedł do środka, bo jak wspomneliśmy, tak dobrze patrzyło mu z oczu, że urzędniczka nie przykładała się do gruntownego sprawdzenia dokumentów. 

Udało się im odebrać niemal ćwierć miliona złotych w gotówce na tak zwany „słup”. Gdy bank się zorientował, że leasingobiorca nie jest zacnym biznesmenem, lecz bezrobotnym przygłupem bez majątku, oni już się podzielili forsą.

Korneliusz awansował w hierarchii oborinckich hochsztaplerów, bo miał teraz gotówkę. Dobrze wiedział, że tak zwanego „numeru” nie robi się nigdy dwa razy. Budował jednak dom i potrzebował gotówki. Nie tyle na ten dom, bo miał mieszkanie w centrum miasta, ale na utrzymanie przy sobie małżonki. 

Małżonkę zauroczył pewien lekarz. Miała na imię Luiza, rude włosy, kształtny biust oraz niepohamowany pociąg do białej służby. Korneliusz dowiedział się o romansie od dobrych ludzi. Ona wszystkiemu zaprzeczyła na kolanach i z książeczką do nabożeństwa w dłoni. 

Małżonek w odwecie „przeleciał” bodaj najbrzydszą pannę w mieście, by poprawić sobie zranione ego. Dlaczego ją? Bo po pierwsze Gośka od dawna robiła do niego maślane oczy, a po drugie pomyślał, że jakby się żona kiedyś  dowiedziała, to zrozumie, jak bardzo był zdesperowany. By mu jednak Luiza nie odeszła, postanowił zaimponować żonie i przywiązać ją do siebie. Stąd pomysł budowy eleganckiego domu pod Obornikami oraz ciąg do awansu społecznego. Miał już część pieniędzy i pewny sposób na zdobycie reszty. Postanowił spróbować raz jeszcze, ale w innej części kraju. 

Wybór padł na Zgierz. Miał tam kolegę, na którego liczył. Razem poukładali plan zdobycia „wielkiej kasy”. Znaleźli odpowiedniego „słupa”, który za część łupu zgodził się przy ich pomocy wyłudzić kredyt na zakup maszyny budowlanej. Poszli do oddziału banku, w którym raz już spróbował, bowiem znał dobrze zasady, jakimi się ów bank kierował. Nie było trudno. Ktoś zarejestrował na siebie firmę budowlaną. Potem zlecił komuś innemu niwelację fikcyjnego terenu i głębokie wykopy. Ten by się podjąć wielomilionowego zadania musiał mieć nową maszynę. Zgłosił się do firmy „krzak” w Bydgoszczy, sprzedającej fikcyjnie maszyny budowlane. Bank, po obejrzeniu wzajemnych umów, skierował pieniądze na leasing maszyny.

Pieniądze wylądowały w kieszeniach Korneliusza i jego kolegi, po opłaceniu dwóch innych pomocników, którzy wiele i tak nie ryzykowali, a nieźle zarobili. Bank czekał na kolejną ratą leasingu. Zamiast niej, trafiał na kolejnego pomylonego biedaka, który nie do końca rozumiał, dlaczego jakiś bank twierdzi, że ma koparkę i zlecenie na „wielką dziurę”?

Gdy murarze chwacko uwijali się na budowie domu Korneliusza, on kombinował, jak z małego cwaniaczka przeistoczyć się w ważną postać. Okazja sama wpadła mu jednak w ręce. Potrzebny był urzędnik w pewnej „Bardzo ważnej instytucji”. Instytucja zajmowała się sprawami życia i śmierci wszystkich obywateli miasta. Wymóg co do wykształcania i przygotowania zawodowego szybko rozwiązał, bowiem zorganizował sobie właściwe papiery. 

Tak zaczął się nowy rozdział w życiu Korneliusza C. Zasiadł przy biurku jako człowiek w pełni kompetentny, a przy tym nadzwyczaj ujmujący. Po pierwszym drobnym awansie spróbował omotać szefową. Ta okazała się skostniała i nieczuła na jego uroki. Była jednak mało kompetentna i dość niechlujna w pracy. Stanowisko zawdzięczała nadaniu partyjnemu, a ono zależało jedynie od stopnia bierności, mierności i wierności. Gdy jej mocodawców zdmuchnął wiatr historii, Korneliuszowi zaświtała myśl, by ją zastąpić. 

W jego obowiązkach leżało przekazywanie dokumentów z obornickiego oddziału „Ważnej instytucji” do jej poznańskiej, jeszcze ważniejszej centrali. Tu przydały się kwalifikacje fałszerskie i duży spryt. Do centrali docierały takie dane, że ważna dyrekcja aż mlaskała z zadowolenia. Jednak po kilku miesiącach z danych zaczęło wynikać, iż dzieje się coraz gorzej, a ponadto na szefową zaczęły nadchodzić listy ze skargami. Korneliusz sam napisał większość, potem dotarł w Poznaniu do szefa i szybko wkradł się w jego łaski. „Wielki szef” coraz częściej zaczął mówić o konieczności zmian personalnych.

Niestety, zaczął się trzeci rozdział. Korneliusz pewnego dnia znalazł w skrzynce wezwanie na policję. Na obornickiej komendzie spisano jego dane. Potem policjant zapytał: co pan wie o przekręcie na lewy leasing, w banku takim a takim?  Najpierw go zatkało, potem zrobił swą najniewinniejszą minkę i oświadczył – to jakaś pomyłka. Policjant też był miły i spokojnie opowiedział mu w szczegółach o jego przekręcie. Na koniec poinformował zaskoczonego cwaniaczka, że przesłuchanie jest formalnością, a uratować od dużego wyroku może jedynie przyznanie i współpraca. 

Chwilę później Korneliusz C. wysłuchał zarzutów dotyczących wyłudzenia kredytu bankowego, przestępstwa na dokumentach oraz jeszcze paru innych. Gdy go daktyloskopowano, szarpał się niczym pchła na postronku. Gdy odciski trafiły już do kartoteki, rozpłakał się jak dziecko i zmiękł. Opowiedział szczegółowo o cwaniakach, którzy go podle wykorzystali. Opowieść zakończył zapewnieniem, że podczas podziału kasy nie wziął swojej doli do ręki, bo się cudzym brzydzi wprost niesłychanie.

Kiedy po przejściach na policji wrócił wreszcie do domu, zadzwonił doń „Wieki szef”, by mu oznajmić, iż postanowił wylać szefową i ogłosić konkurs na jej następcę. Korneliusz odwiedził go nazajutrz z najlepszym koniakiem, jaki znalazł w Obornikach i wypytał o zasady. Około się, że ma duże szanse. Uczciwość każdego szefa oddziału sprawdza dyrekcja w Warszawie a nie dyrekcja w Poznaniu. Ci w stolicy nic o nim nie wiedzą, więc weryfikacja jest fikcją. 

Złożył szybko dokumenty i zadbał o to, by być jedynym nadającym się na stanowisko dyrektora obornickiej filii „Ważnej instytucji”. Konkurs się odbył, a sprawa Korneliusza C. trafiła tymczasem do sądu. Został dyrektorem i oskarżonym o malwersacje finansowe niemal jednocześnie. 

Warszawa przysłała mu ankietę, w której musiał napisać o toczących się przeciw niemu sprawach. Oczywiście zełgał, że takich nie ma i w stolicy odłożono jego ankietę na kupkę tych wzorowych. Jako nowy dyrektor oddziału zadbał, by „Wielki szef” zawsze dostawał takie sprawozdania, jakie lubi. Sprawa w sądzie utknęła, bo zniknął jeden z cwaniaczków od przekrętu, więc sąd odłożył rozprawę do czasu aż się znajdzie. 

Tymczasem policja ze Zgierza także trafiła na trop jego drugiego przekrętu. I tam poszedł na współpracę a jednocześnie zaprzeczył, by tknął jakiekolwiek pieniądze. Winni byli tylko tamci a jego wykorzystali, bo jest naiwny i chętnie pomaga. Pięknie się rozpłakał, potem podpisał co trzeba i wrócił do domu by czekać na proces. Zadbał jednak o to by i w Zgierzu też zniknął jakiś cwaniaczek wiedząc, że bez kompletu oskarżonych żaden sąd szybko nie zacznie.

Sądy zostały sparaliżowane, on był wciąż ważnym dyrektorem. Budowa domu się posuwała raźnie a Luiza wracała po pracy do domu. Tu zaczął się czwarty etap tej opowieści. 

Obornicki policjant, który prowadził sprawę Korneliusza, musiał coś załatwić w „Ważnej Instytucji”. Jakież było jego zdziwienie, gdy dowiedział się, iż dyrektorem jest ten, którego właśnie przekazał sądowi za malwersacje. Swym zaskoczeniem podzielił się ze znajomym dziennikarzem. Razem pomyśleli, ile złego może uczynić hochsztapler w tak „Ważnej Instytucji”, która załatwia sprawy życia i śmierci obywateli. Dziennikarz rozpoczął własne śledztwo, aby sprawdzić, jaką drogą szedł Korneliusz od drobnego fałszerza do ważnego dyrektora. Trafił też do „Super szefa” w Poznaniu. Ten dowiedziawszy się, że podległemu mu dyrektorowi grozi więzienie, wcale się tym jednak nie przejął. Przyznał że bardziej interesują go piękne sprawozdania z Obornik, niż prywatna kariera ich twórcy. Ma niewiele do emerytury i chce mieć spokój.

Dziennikarz opublikował swój artykuł o Korneliuszu w nadziei, że kogoś to zainteresuje, a przynajmniej ostrzeże obywateli. Gdy tysiące obywateli to przeczytało, Korneliusz znów się rozpłakał. Razem z nim zapłakała Luiza, bo w jej mniemaniu krzywdzili jej męża. Dziennikarz nic o tym nie wiedząc zespolił ich jak nikt przedtem choć na bardzo krótko. 

Tu zaczął się piąty rozdział tej historii. Brzydka Gośka zaszła w ciążę. Zrobiła się jeszcze brzydsza a na dodatek zaczęła planować wspólną przyszłość z Korneliuszem. Ten nawet nie chciał o tym słyszeć. Gośka miała jednak argument w postaci Tatusia. 

Tatuś był znanym w mieście ochroniarzem i kochał córkę nad życie. Był szczęśliwy, iż zostanie dziadkiem i nieszczęśliwy na myśl, że maleństwo może nie mieć ojca. Spotkał Korneliusza, obił go zaliczkowo i obiecał, że jak się nie rozwiedzie, i nie ożeni z Gośką, to…  

Tatuś nie tylko straszył, ale chciał też pomóc przyszłemu zięciowi. Zabrał brzuchatą córkę do Luizy. Jak wszyscy w mieście wiedział o licznych romansach rudej Luizy, uprawianych z personelem lekarskim. Założył słusznie, że sprawa z Gośką może być jej na rękę. Miał całkowitą rację. Luiza wysłuchała ich i wykalkulowała, że może mieć teraz dom i całkowicie wolną rękę. Gdy Korneliusz wrócił do domu, poinformowała go o tym czego się dowiedziała. Małżonek rozpłakał się po raz kolejny, ale tym razem płakał sam.

Wraz z tym płaczem zaczął się kolejny etap jego życia. Korneliusz zaczął się staczać. Wspomniany wcześniej artykuł o malwersacjach i sprawach w sądach, trafił do warszawskiej dyrekcji. Tym razem dokładnie sprawdzono Korneliusza i natychmiast go zawieszono. Ruszył po pomoc do „Wielkiego szefa”, ale okazało się, że go już nie ma, bo warszawska dyrekcja wylała go na znaczniej wcześniejszą emeryturę. Korneliusz w krótkim czasie stracił pracę i drogiego protektora, w którego wlał przedtem litry dobrego koniaku. Luiza kazała mu wynieść się ze „swego domu”. Tatuś Gośki wciąż deptał mu po piętach i naciskał na ślub. Szczęściem przynajmniej sądy wciąż czekały na odnalezienie się zagubionych.

Korneliusz postanowił działać. Na początek pojechał do ukochanej Luizy i solidnie ją "sprał", aby sobie nie myślała, iż mu już na niej nie zależy. W czasie, gdy małżonka załatwiała sobie obdukcję lekarską, Korneliusz oświadczył Tatusiowi, że nie ma mowy o żadnym ślubie, a na alimenty nie powinien liczyć. Znów było tęgie lanie, z tym, że tym razem Tatuś "sprał" Korneliusza. W czasie, gdy oklepany cwaniaczek popłakując lizał rany, Luiza zgłosiła na policji pobicie przez męża. Z lekarskiej obdukcji wynikało, iż ledwie uszła z życiem. 

Korneliusz został skazany za pobicie żony  na karę kilku lat więzienia. Luiza wystąpiła o rozwód. Dostała go bez żadnych problemów. Brzydka Gośka urodziła ładne dziecko, wystąpiła o alimenty i otrzymała je dość szczodre. 

Niedawny dyrektor, zamożny i szanowany, w mgnieniu oka stał się zwykłym kryminalistą i nędzarzem. "Siedząc" liczył czas do wyjścia na świeże powietrze, wiedząc że Tatuś nigdy mu nie odpuści. Wie też, że sądy kiedyś znajdą czas i sposób, aby rozliczyć go z malwersacji a banki nie darują mu setek tysięcy wyłudzonych złotych. 

 

Podobne artykuły