40-letnia kobieta uciekała nago przez okno w bloku, gdy żona zastała ich na wersalce

POWIAT OBORNICKI. Śledząc sądową wokandę obornickiego sądu można natrafić na ludzkie dramaty, do których scenariusz napisało życie i to lepiej od niejednego literata. Każdy z tych problemów ma swój początek. Ten na który trafiliśmy niedawno, miał początek w jednym z największych zakładów powiatu obornickiego. 

Duże zakłady pracy, to dużo ludzi, a każdy z nich przychodzi tam ze swoimi problemami, kompleksami i marzeniami. 

Panna Irena mieszka w stolicy powiatu obornickiego a pracuje we wspomnianym zakładzie już bardzo długo. Bez wątpienia nie należy do grona kobiet ładnych. Nie jest też na pewno brzydka. W jej bardzo przeciętnej urodzie trzeba podkreślić ciemne, wilgotne i wciąż rozmarzone oczy. 

Irena ma problem z "panieństwem", które ją uwiera od lat bez mała czterdziestu, niczym przysłowiowy gwóźdź w bucie. Kiedyś się z kimś spotykała, ale okazało się, że „on” miał żonę. Na początku o tym nie wspomniał, a potem się przyzwyczaiła.

Żonaty był też jej kolejny partner a potem kolejny. Nawet się z tym pogodziła, uznając, że tak widać musi być. – Wybrzydzałam tak długo, aż fajni faceci się pożenili i co mam teraz zrobić… – zwierzała się przyjaciółce. 

Mijały lata, a ona w swych romansach nadal godziła się na rolę "tej trzeciej". Przez cały czas marzyła jednak o tym "tylko swoim", "jedynym". Miał  być mądry i wesoły. Miał być opiekuńczy i dżentelmeński. Do tej ostatniej cechy przywiązywała bodaj największą wagę. Obserwując swe otoczenie nie natrafiła jednak na nikogo, kto miałby wymienione wyżej cechy łącznie. Jeden był mądry, ale ponurak. Inny wesołek i przy tym cham. 

Jedynie Janusz zdawał się łączyć w sobie wesołość z pewną dozą rycerskości, więc odpuściła mu wymaganą wcześniej mądrość i opiekuńczość. Przez długi czas starała się z nim spotkać gdzieś na korytarzu, albo przy wejściu do firmy. On zawsze puszczał ją przodem, przytrzymał ciężkie drzwi, czy podnosił celowo upuszczoną torebkę. Gdy przychodził do biura panny Ireny.  która rozliczała mu zlecenia, długo siedział pilnując każdego grosza, który mu się należał. Panna Irena domyśliła się, że nie chodzi mu jednak o groszaki, ale o to, by być razem. Patrzyła więc na jego szpakowate skronie poruszające się przy każdej podliczonej pozycji i marzyła. 

Janusz mieszkał z żoną w jednej z wiosek powiatu obornickiego, na piętrze dwukondygnacyjnego, obskurnego bloku. Dzieci się usamodzielniły, żona pracowała. Wzajemne relacje małżonków niszczył alkohol i jego małostkowe skąpstwo. Żona Janusza nie raz mu groziła odejściem, jeśli nie przestanie pić i wyliczać każdego grosza. On potrafił po kolacji podsumować, kto zjadł drożej, a kto taniej. Gdy droższy był posiłek żony, małżonek sugerował, by mu dopłaciła do wspólnej kasy. 

Janusz lubił kobiety i „zaliczył” w czasie małżeństwa kilka „skoków w bok”. Były to jednak przygody po wódce z koleżanką, gdzieś w krzakach –  byle nie narazić się przy tym na koszty. Miał smukłą sylwetkę i dość pociągającą twarz. Podobał się kobietom i wiedział o tym. Zauważył, że podoba się też koleżance Irenie z pracy. 

Był wczesnojesienny dzień, gdy znów pokłócił się żoną. Ta  zapowiedziała, że po pracy jedzie do matki pod Rogoźno, więc nie ma na nią czekać, bo prędko nie wróci. Janusz kończąc pracę pomyślał o kupnie wódki i zastanawiał się z kim ją wypije. 

Wtedy zauważył na parkingu spoglądającą w jego stronę Irenę. Nie namyśląc się długo zaproponował, że ją odwiezie. Irena wsiadła, a on po drodze zapytał, czy nie pojechałaby do niego wypić kieliszek i porozmawiać. Panna Irena czekała na to wiele lat. Z rumieńcem na twarzy zapytała tylko, czy mieszka sam. Tak, odparł Janusz i skręcił w kierunku swojej wioski. 

Podjechał pod wiejski, popegeerowski blok i rozejrzał się szybko wokół. Nikogo nie było. Bez ociągania weszli na górę. 

Janusz nie miał zamiaru długo gadać, bo żona mogła jednak zmienić zdanie. Nalał dwa kieliszki. Wypili i siedli na wersalce. Nalał dwa kolejne kieliszki i zaproponował, by się rozebrała. Irenę to zaskoczyło i to bardzo, ale nie po to tyle lat wzdychała do Janusza, by teraz stroić fochy. Janusz pomógł jej zdjąć ostatnie fragmenty bielizny.

Potem było już tradycyjnie. Dwukrotnie zbezcześcili małżeńską wersalkę i byliby to zrobili może po raz trzeci, gdyby wprawne ucho Janusza nie rozpoznało żoninych kroków na schodach. 

Poderwał się z panny Ireny, jednym ruchem zgarnął jej odzież z podłogi i całość wyrzucił przez okno. Następnie wyciągnął  z wersalki prześcieradło, rozdarł je na pół i związał oba kawałki w długi sznur. Słysząc klucz w zamku zawołał – uciekaj oknem – i wyrzucił koniec sznura za parapet. 

Okno było od ulicy. Wylatująca przez nie damska garderoba zatrzymała sąsiadów. Przechodnie stanęli, aby z nieopisanym zdziwieniem obserwować, jak naga czterdziestolatka przy kości niezdarnie zjeżdża po prześcieradle w dół.

Łatwo sobie wyobrazić co musiała czuć wystraszona i upokorzona kobieta. Ostatnie dwa metry zeskoczyła, złapała swą odzież i okrywszy chociaż zgrubsza swą nagość, pobiegła płacząc przed siebie, w kierunku krzaków na pobliskim polu. 

Do domu wróciła pieszo dopiero nocą. Wydawało się jej bowiem, że każda mijana osoba wie, co ją spotkało. Wzięła kilka dni wolnego, nim wróciła do pracy. 

W tym czasie Janusz poznał co to jest małżeńskie piekło. Żona najpierw "sprała" go po twarzy, bo wystarczył jej rzut oka, by zrozumieć co zaszło w jej mieszkaniu. Potem wypomniała mu wszystkie jego wady i winy, a było tego sporo. Po podsumowaniu nic nie zostało z ich małżeństwa. Ona zaproponowała rozwód, on się na to zgodził. Pomyślał – z Ireną mi będzie chyba lepiej. 

Kilka dni później wszedł do biura, w którym pracowała Irena. Oboje byli mocno zmieszani. On pocałował ja w rękę, coś przebąknął o pogodzie i zamieszaniu, a na koniec wyciągnął z kieszeni rachunek i poprosił pannę Irenę o 18 złotych… za rozdarte prześcieradło. 

Przez chwilę myślała, że to jakiś ponury żart. Gdy Janusz nalegał, zrozumiała, że to koniec i że nie ma szczęścia do mężczyzn.

Janusz i jego małżonka czekają na werdykt sądu orzekającego o rozwodzie. Ona cieszy się że będzie miała go z głowy. On wciąż zachodzi w głowę, dlaczego Irena nie chce z nim być a nawet rozmawiać. Czyżby obraziła się o te głupie 18 złotych?  Przecież to dla niej podarł nowe prześcieradło. 

Podobne artykuły