Musiał wybrać: żona albo ryby

ROGOŹNO. Pan Zieliński i pani Zielińska wolno i spokojne jak dotąd dobiegający czterdziestki są od dziewięciu lat małżeństwem. Niedawno postanowili się jednak rozwieść i to z powodu łowienia – jak to opowiadała znajomym pani Zielińska.

Oboje byli uznawani na osiedlu w Rogoźnie jako całkiem przeciętne małżeństwo. Równo często kłócili się, co i godzili. Pasją pana Zielińskiego było wędkarstwo. O tym co szczególnie nakręcało panią Zielińska napiszemy nieco dalej. 

Pasja pana domu stawała się niejednokrotnie przyczyną niesnasek, ponieważ żona zarzucała mężowi, że zbyt wiele czasu poświęca rybom, a za mało jej. Jako przykład stawiała mu nie raz przystojnego – jej zdaniem – sąsiada, pana Czerwińskiego z drugiego piętra. Ten na ryby nie chodził, a nawet miał się jej zwierzyć ponoć kiedyś na schodach, że nie rozumie mężczyzn, którzy przedkładając siedzenie przy zimnej przerębli nad leżeniem przy ciepłej kobiecie, dają jedynie dowód swego braku męskości. 

Pana Zielińskiego irytowało takie gadanie, bo dla niego prawdziwie męskim zajęciem było właśnie wędkowanie. Opinię rozwiedzionego, czy jakoś tam, sąsiada z góry (państwo Zielińscy mieszkają na pierwszym piętrze) uważał za niemiarodajną a nawet za głupią. 

Drugą przyczyną sporów było inwestowanie w wędki, a te mąż pani Zielińskiej kupował tylko z górnej półki, nie szczędząc na nie grosza. Niejednokrotnie sąsiad z góry słyszał, jak utyskiwała: „znów wydałeś majątek na wędkę a jaj nie mam się w co ubrać”. 

Żal mu było sąsiadki, więc ilekroć zobaczył przez okno jej małżonka idącego z wędkami  przez parking, skrapiał się swą ulubioną wodą kolońską marki Hugo Boss po 140 złotych butelka i schodził piętro w dół, aby pożyczyć szczyptę soli lub szklankę cukru, a przy okazji pocieszyć sąsiadkę i sprawdzić, czy faktycznie nie ma co na siebie bidula włożyć. Tak więc Zieliński i Czerwiński łowili równie często, choć ten drugi cichcem. 

Z kolejnym sąsiadem, mieszkającym na trzecim piętrze Żółcińśkim, to w ogóle były trzy światy, bo miał złodziejowaty charakter i kradł wszystko co mu wpadło w rękę. Gdy tylko któryś z sąsiadów zostawił coś nieopatrznie bez nadzoru,  Żółciński zaraz to zabierał. Raz czy drugi przyłapany na tym, tłumaczył, że owszem zabrał, ale tylko dlatego, „żeby jakiś złodziej czasem nie ukradł”. Zamierzał oczywiście oddać sąsiadowi lub sąsiadce, „ale jakoś zapomniał, że zabrał”. 

Razu pewnego Zielińskiemu ryba wyjątkowo nie brała. Zły przerwał nieudane wędkowanie, wsiadł do auta i naburmuszony wrócił do domu. Gdy stanął przy bloku, wyjął z bagażnika pokrowiec z wędkami i postawił je przy aucie i nagle zerknął w górę, czego wcześniej zwykle nie robił. Wydało mu się, że w swym oknie od sypialni mignęły mu czyjeś gołe plecy. 

Trzasnął szybko drzwiami od samochodu, nacisnął guzik pilota i pokonawszy truchtem drogę przez parking wbiegł zdyszany na górę. W mieszkaniu powitała go żona z rumieńcem na twarzy, szczerze zaskoczona, że mąż już jest z powrotem. Zieliński pokręcił się po mieszkaniu i zapytał ją o te plecy i nieznany mu zapach, nie rozpoznawszy w nim od razu wody marki Hugo Boss, dość intensywnie unoszący się jeszcze w powietrzu. 

Tu małżonka z oburzeniem najpierw mu wyjaśniła, że ten zapach, to taki dezodorant, bo ona wciąż smaży te jego głupie ryby i śmierdzi od tego potem w całym mieszkaniu. Następnie mu przypomniała, że przez jego drogie wędki ona wciąż nie ma w czym chodzić, więc czasem chodzi po prostu bez niczego. 

Na słowo „wędki”, Zielińskiego olśniło i przypomniało mu się, że ukochany sprzęt stoi wciąż na parkingu przy samochodzie. Machnął więc ręką na swe podejrzenia wobec żony i zbiegł na dół, mijając na schodach wchodzącego na górę jakoś boczkiem i chyłkiem sąsiada Zółcińskiego. Podszedł do auta i zdębiał. Po wędkach nie został nawet rybi zapach. 

Najpierw rozejrzał się wokół. Na policję nie pobiegł, ale zadzwonił tam z komórki, by donieść, że został okradziony. Przyjmujący zgłoszenie oficer dyżurny wysłuchał go uważnie i zaproponował, by o wędki popytał najpierw wśród sąsiadów. 

Zielińskiego olśniło tego wieczoru po raz drugi. Przypomniał sobie dziwną pozycję sąsiada Żółcińskiego oraz jego zaszarganą opinię i nabrał poważnych podejrzeń. Wszedł na trzecie piętro i zadzwonił do drzwi. – „O co chodzi” – zapytała Żółcińska – „bo mąż jest właśnie w toalecie”. – „O wędki” wyjaśnił i czekał aż mu otworzą. Po chwili stanął w drzwiach Żółciński ponawiając pytanie – „o jakie wędki”? Zieliński wyjaśnił skąd nabrał podejrzenia a robił się przy tym coraz bardziej wściekły. Sąsiad – złodziejaszek zaprosił go do mieszkania tłumacząc, że szedł po schodach może i trochę dziwnie, ale to dlatego, że go natura wezwała do odwiedzin w toalecie. Zaś co do wędek, to warto zajrzeć do sąsiada z dołu, bo to taki niby  ścicha pękł piękniś a kradnie strasznie i zwala to potem na bogu ducha winnych Żółcińskich. 

Gdy to wyjaśniał, jego małżonka potakiwała cały czas głową, a na koniec weszła na balkon. Tam spojrzała w dół i zawołała Zielińskiego, by i on w dół popatrzył. Wściekły już na żarty Zieliński wychylił się za barierkę i zobaczył na balonie piętro niżej znany sobie pokrowiec z wędkami. Wybiegł od sąsiadów jak rozjuszony bawół, minął Żółcińskich stojących z uśmieszkiem triumfu i minkami aniołów, i zbiegł na pierwsze piętro. Tam załomotał swą wielką pięścią w drzwi Czewińskiego krzycząc donośnie- „otwieraj ty świnio”!  

Gdy tylko drzwi się otwarły zrobił krok do przodu i bez wstępu walnął sąsiada w nos tak, aż ten się zatoczył i upadł na podłogę. Byłby mu Zieliński nieźle dołożył, gdyby nie poczuł znów znanego mu już zapachu. 

Zieliński był owszem silny, ale mało lotny, więc trochę potrwało nim zaczął kojarzyć. Szybszy w kojarzeniu był za to przystojniak Czerwiński, który gramoląc się z dywanu z rozbitym nosem zaczął tłumaczyć krewkiemu sąsiadowi, że kocha jego żonę i to ze wzajemnością, i że chcą być razem, więc pranie go nie ma sensu. 

Tak to wyznanie zaskoczyło sąsiada wędkarza, że stał oniemiały dobrą chwilę, nim po raz drugi nazwał Czerwińskiego „świnią”. Potem obaj sąsiedzi usiedli w fotelach i wyjaśnili sobie przy butelce mocnego alkoholu, że mu Czerwiński wędek nigdy nie ruszał, choć żonę owszem i to nawet dość intensywnie. 

W sprawie kradzieży i podrzucenia wędek przez tych złodziei Żółcińskich postanowili wspólnie donieść na policję a w sprawie żony udać się do sądu by tam wnieść pozew o rozwód. 

„Jak mu się tak ta moja podoba, to nich ją sobie bierze i utrzymuje” – opowiadał nad wodą kolegom wędkarzom – dodając „a ja będę sobie kupował jeszcze droższe wędki i nikt ani złego słowa o mym hobby już więcej nie powie”.

Wszystkie nazwiska zostały zmienione.  

 

Podobne artykuły