Po tragedii przy Kalinowej

OBORNIKI. Jak już wcześniej donieśliśmy, 26 maja około godziny 17:20 w domu przy ulicy Kalinowej wybuchł pożar. Ogień pojawił się w jednym z pokoi domu jednorodzinnego a efektem pożaru były obrażenia ciała w postaci poparzeń u nieco ponad półtorarocznego Bartłomieja, trzyletniego Sebastiana i ratującego ich sześćdziesięciojednoletniego działkowicza. 

Najciężej poszkodowany został jednak najmłodszy mieszkaniec domu przy Kalinowej. Pomimo akcji ratunkowej dziecka nie udało się już uratować. Jakiś czas po przewiezieniu do szpitala dziecko zmarło.

Całkowitemu spaleniu uległo także całe wyposażenie pokoju a inne pomieszczenia zostały mocno zakopcone. 

Pomagający w ratowaniu dzieci z ognia pan Lechosław Wosicki wspominał później – wszedłem do pokoju, było pełno toksycznego smrodu i ciemno od dymu, nic nie widziałem. 

Szczęśliwie przeprowadzono sprawną akcję ratowniczą a według obserwujących to zdarzenie, była ona niemal wzorcowa. Skutecznie ugaszono ogień przy minimalnym użyciu wody. Dzięki temu zniszczenia były znacznie mniejsze, niż mogły w takiej sytuacji powstać. 

Gdy opadł dym, można było zobaczyć bezmiar spustoszenia. Radość, że żyją Krzysztof i Sebastian, mieszała się z żalem po śmierci Bartka, dziecka siostry pani Anny, które miało przysposobić lada dzień bezdzietne małżeństwo z Żagania. Po odjeździe strażaków i innych służb. 

Państwo Piechowiakowie zostali z bólem, przerażeniem i całkowita bezsilnością w swym z trudem wybudowanym mieszkaniu, a po pożarze całkiem zrujnowanym. W ciągu paru minut stracili niemal cały dobytek. Na szczęście nie zostali sami. Do ich domu zaczęły przybywać różne osoby. 

Wśród nich była również burmistrz Obornik Anna Rydzewska. Rozeznała potrzeby pogorzelców i udzieliła im natychmiastowego wsparcia z kasy gminy. Pomoc zadeklarowały także inne osoby i firmy. Przybywały sąsiadki z własnymi wiadrami i środkami czystości, by pomagać w sprzątaniu. Pojawili się sąsiedzi, by przygotować mieszkanie do remontu. Bardzo chętnie pomagała młodzież. 

Pan Eugeniusz Piechowiak był bardzo zaskoczony. – Mieszkamy tu od niedawna i większości z tych osób nie znałem. Po prostu przychodzili i pytali, w czym można pomóc. 

Na drugi dzień po pożarze na Kalinowej zaczęły pojawiać się firmy remontowe oraz osoby indywidualne. Każdy coś robił. Całą akcją pomocy materialno remontowej spontanicznie dowodził mieszkający przy ulicy Kalinowej emerytowany pracownik kolei Józef Wojcieszak. Był „dyrygentem”, jak mówili o nim jedni lub „motorem”, jak mówi o nim pan Piechowiak. 

72-letni sąsiad, starając się ukryć wzruszenie, opowiadał nam jak przebiegały prace a uczestniczyli w nich mieszkańcy wszystkich domów przy Kalinowej, a nawet mieszkańcy ulicy Półwiejskiej. 

W bardzo krótkim czasie wyremontowano jeden pokój całkowicie wypalony i kilka pokoi, które ucierpiały na skutek działania wysokiej temperatury i toksycznego dymu. Krzysztof, Kamilka i Sebastian mają nowe pokoiki, czyściutkie i pomalowane na pastelowe kolory. Wyremontowane zostały też kuchnia oraz łazienka. 

Gdy odwiedziliśmy do państwa Piechowiaków na początku sierpnia, trudno było poznać pomieszczenia, widziane ostatnio. Umówiliśmy się tam z panem Józefem Wojcieszakiem. – Bez pana Józefa nie dalibyśmy sobie rady, nie jeden raz mówili państwo Anna i Eugeniusz. Uczynny sąsiad poproszony o komentarz do tych słów powiedział starając się ukryć ogromne wzruszenie – dzięki Bogu, ludzie mieszkają, odżyli na duchu i wrócili do normalnego życia, choć ta tragedia będzie im się śniła aż do końca życia. Z całego serca im współczuje. Naszym obowiązkiem ludzkim, sąsiedzkim i katolickim było tym ludziom pomóc. 

Lokatorzy Kalinowej wiele razy dziękowali za pomoc i to wszystkim. Według pana Piechowiaka – razem z firmami w pomocy brało udział ponad 50 osób. Pomocy udzieliły poszkodowanej rodzinie także władze Obornik. Pani Anna i pan Eugeniusz wiele razy wymieniali słowo dziękuję. 

Do podziękowań im wszystkim przyłączył się także pan Józef. Wedle jego słów wspólna akcja tak bardzo skonsolidowała sąsiadów Kalinowej, że myślą już o wspólnej budowie chodnika.

Podczas całego spotkania staraliśmy się wszyscy unikać rozmowy o zmarłym tragicznie półtorarocznym Bartku. Trudno jednak było udawać, że o nim nie pamiętamy. Pani Anna, najbardziej przeżywająca jego śmierć, z wolna wróciła do równowagi. Pamiętaliśmy jak tydzień po pożarze mówiła nam ocierając łzy – to było takie żywe, kochane i radosne dziecko. Zawsze uśmiechnięty, nie sprawiał żadnych kłopotów. Cieszyłam się z mężem, że będzie miał serdeczny dom i kochających rodziców.

Chociaż mieszkanie państwa Piechowiaków wygląda dziś na nietknięte przez żywioł, lśniące czystością i pachnące świeżą farbą, oczy pani Anny są nadal smutne. Tego nie zmieni już żaden remont.

Podobne artykuły