Tragedia przy Kalinowej

OBORNIKI. Wszystko zaczęło się  podczas, gdy pan Eugeniusz był w pracy a pani Anna udała się z córką do dentysty. Teraz czyni sobie straszne wrzuty. – Może mogłam zostać w domu.  Jednak na tę wizytę u stomatologa czekałam aż dwa miesiące, jak tu nie iść? 

Dzieci zostawiła pod opieką 14-letniego syna Krzysztofa. Tu trzeba zaraz wyjaśnić, że jest to nad wiek rozwinięty młodzieniec. Bardzo odpowiedzialny i rozsądny. Od dawna z dobrym sutkiem opiekował się młodszym bratem i przyjętym po dach przez rodziców synkiem siostry matki, mającym rok i dziewięć miesięcy Bartkiem, bardzo żywym i ciekawym świata chłopcem.

Gdy mali bracia zajmowali się zabawą, Krzysztof był w swoim pokoju. Nagle poczuł swąd dymu, wbiegł do sąsiedniego pokoju. 

Wiedział już, że się pali. Nie mógł tam oddychać. Chwycił jednak jeszcze siedzącego na tapczanie 3 letniego brata i wyniósł go z ognia. 

Wrócił z powrotem. Nic nie było widać. Dym, ogień, swąd, gorąco. Chciał ratować drugie dziecko, już nie zdołał. 

Wybiegł z domu i podbiegł do wychodzących z ogródka działkowego, znajdującego się po drugiej stronie drogi państwa Wosickich. 

Jak wspomina pan Lechosław Wosicki, wolał –  proszę mi pomóc, pali się w pokoju a są tam dzieci. Zawołałem tylko – daj mi mokry ręcznik i wbiegłem do domu. Krzysztof przygotował już taki ręcznik, niestety spadł mi on z głowy. 

Wszędzie były kłęby czarnego gryzącego dymu. Nic nie widziałem, nie znałem rozkładu mieszkania. Krzysztof poprowadził mnie do celu. Wszedłem do pokoju, było pełne toksycznego smrodu i ciemnego od dymu, nic nie widziałem. 

Gdy pan Lechosław wszedł ponownie zobaczył nóżki dziecka. Chwycił za nie i niemal wyniósł dziecko. Niestety, potknął się i upadł. 

14 letni Krzysztof wszedł w ogień po raz trzeci. Pomógł wstać panu Lechosławowi, ten wyniósł dziecko na zewnątrz i przekazał go żonie. 

Maleństwo wyglądało na ocalone, tuliło się do tej pani jakby w poszukiwaniu ratunku, wspominał jeden z mieszkańców Kalinowej. 

Nadjechała straż pożarna a był to, trzeba wyraźnie powiedzieć, przyjazd w tempie rekordowym. Z komendy na Kalinową ciężki wóz bojowy przejechał przez zatłoczone miasto w ciągu pięciu minut. Nadjechała też jednostka z Nowołoskońca wraz z wozem tamtejszej OSP. 

Przeprowadzono sprawnie akcję ratowniczą. Według obserwujących była wzorcowa. Błyskawicznie, przy minimalnym użyciu wody, skutecznie ugaszono ogień i zabezpieczono pożarowisko. Słowa pochwały od sąsiadów przekazaliśmy dowódcy akcji Markowi Wiktorskiemu. Nie chciał ich komentować. – Zrobiliśmy tylko to, co do nas należało. Przyznał jednak, że sporządził już wniosek o wyróżnienie dwóch strażaków szczególnie zasłużonych w tej akcji. 

Nadjechały dwie karetki pogotowia ratunkowego i pogotowie energetyczne. Poparzonego Lechosława Wosickiego, Sebastiana i Krzysztofa z podejrzeniem podtrucia dymem przewieziono do szpitala w Obornikach. 

Reanimowano najmłodszego Bartka. Zdecydowano o potrzebie przewiezienia go do szpitala w Poznaniu i wezwano śmigłowiec. Niestety, oczekiwanie na jego przylot trwało prawie tyle, co przejazd na sygnale do samego celu. Śmigłowiec przybył po półgodzinie. 

Z nieznanych nam przyczyn dziecko dotarło do szpitala dopiero po długich dwóch godzinach. – Gdyby dotarło, choć trochę wcześniej.  Niestety nic nie dało się już zrobić. – usłyszeliśmy od osoby, proszącej nas o anonimowość. 

Wykonana następnego dnia sekcja zwłok dziecka potwierdziła, że zmarło na skutek odniesionych obrażeń wewnętrznych. Dokładną przyczynę śmierci poznamy za około tydzień po raporcie biegłego patologa.

Państwo Piechowiakowie (upoważnili nas do podania pełnego nazwiska) zostali z bólem, przerażeniem, bezsilnością w zrujnowanym mieszkaniu. 

W domu przy Kalinowej róg Czarnkowskiej zamieszkali nie tak dawno. Dom wybudował niegdyś ojciec pani Anny, ale go nie dokończył. Stał tak przez 19 lat, aż powstała w nim melina. Dokonano też wielu zniszczeń. Gdy państwo Piechowiakowie przejęli dom, dokończyli budowę. 

Pani Anna zajmowała się dziećmi a pan Eugeniusz pracował. Dokończył dzieło teścia, choć przy potrzebach pięcioosobowej rodziny nie było łatwo. Nagle w ciągu paru minut stracili ów dobytek. Nie zostali na szczęście całkiem sami. 

Po pożarze do ich domu  przybyło wiele osób. Wśród nich również burmistrz Obornik Anna Rydzewska. Rozeznała potrzeby pogorzelców i udzieliła im wsparcia z kasy gminy a także prywatnie. 

Przybywały kobiety z wiadrami i środkami czystości, by pomagać w sprzątaniu. Pojawiło się wielu sąsiadów i wiele młodzieży skłonnej pomagać wyniesiono spalone sprzęty. Przygotowano mieszkanie do remontu. – Nawet nie wiem kto to robił, często nie znałem tych osób. 

Przychodzili i pytali, w czym można pomóc, opowiadał nam pan Eugeniusz, prosząc, by im za to wszystko za naszym pośrednictwem serdecznie podziękować. 

Spaleniu uległo wyposażenie domu takie jak  meble, sprzęt audio-video, instalacja elektryczna, tynki i stolarka okienno-drzwiowa. Na drugi dzień po pożarze na Kalinowej zaczęły pojawiać się firmy remontowe oraz osoby indywidualne. 

Każdy coś robił. Takie hurtownie jak Guma Ewy i Andrzeja Wicherków, czy Rajbud pani Bulmańskiej otworzyły rodzinie Piechowiaków konta na materiały budowlane. Ktoś zaoferował okna, ktoś inny drzwi. Bank BZ WBK uruchomił specjalnie konto, na które można wpłacać dobrowolne datki. Podczas sesji rady powiatu radny Zygmunt Dyczkowski apelował o pomoc do sumienia kolegów radnych, poszkodowanych wparł duchowo proboszcz ich parafii. Z pomocą pospieszył też psycholog szkolny z Zespołu Szkół przy Obrzyckiej, gdzie uczy się Krzysztof. Całą akcją pomocy materialno – remontowej spontanicznie dowodzi mieszkający przy ulicy Kalinowej Józef Wojcieszak.  

Zapytaliśmy go, dlaczego  aż tak wiele swego czasu i wysiłku oddaje sąsiadom. Pan Józef wzrusza ramionami i patrzy, jakby zaskoczony tym pytaniem. – Trzeba pomagać ludziom, odpowiada krótko za niego małżonka, która weszła do pokoju z maleńką, śliczną wnuczką na rękach. – Też tu mamy taką dziecinkę i gdyby nam tak… 

Nie kończy jednak zdania, odwraca głowę, przytula dziecko do piersi i wychodzi na korytarz. W końcu pan Józef zaczyna opowiadać. Kiedyś jego syn był świadkiem pożaru domu w Długiej Goślinie. Rodzina bardzo ucierpiała, straciła dom. Sąsiedzi odbudowali go w kilka miesięcy. – Tak trzeba, mówi spokojnym głosem, jakby przyzywając w pamięci tamte obrazy z Długiej Gośliny. – My tu na Kalinowej chętnie sobie pomagamy, choć jest wielu nowych sąsiadów. Rośnie mi serce, gdy to widzę a jeszcze bardziej, gdy widzę ile jest chętnej młodzieży. Czasem krytykujecie w prasie tych młodych, to teraz napiszcie, jak tu było. Napiszemy – obiecaliśmy opuszczając przyjazny dom państwa Wojcieszaków. 

W czasie, gdy pan Józef koordynuje akcję pomocy państwu Piechowiakom, na placu brakuje tylko pana Wosickiego. Odwiedziliśmy go w szpitalu. Przywykł już chyba nieco do wizyt. Uprzedził nas w szpitalu komendant straży pożarnej Zbigniew Spychała. Pogratulował odwagi poparzonemu bohaterowi, bo trzeba tu użyć tego słowa, przed którym broni się jednak pan Lechosław. 

Coś kazało mi wejść do środka, opowiadał komendantowi. Ten w rozmowie z nami powiedział krótko – zasługuje on na podziw. 

Nam pan Lechosław, ojciec dwóch znanych w Obornikach doskonałych sportowców opowiadał, że nie zastanawiał się nad konsekwencjami wejścia do płonącego pomieszczenia. Wiedział, że jest tam dziecko i trzeba je ratować. Poparzył sobie przy tym twarz i nieco ręce, ale nie zwraca na to uwagi. 

Gdy go zapytaliśmy, czy się bał, odparł – nie myślałem wtedy o tym i dodał – każdy by tak zrobił. Gdy znów zapytaliśmy, czy by zrobiłby to znowu, powiedział – tak. Żal mu tylko, że jego wysiłek i wysiłek 14-letniego Krzysia, również bohatera, poszedł na marne. Dziecko zmarło. 

Tę tragedię najbardziej przeżywa pani Anna. – To ja powinnam leżeć w tym szpitalu, mówi nie kryjąc łez. Słysząc, że jedziemy do pana Wosickiego prosiła – pozdrówcie go od nas i podziękujcie mu za wszystko. – Podziękujcie, dodał też pan Eugeniusz. 

Gdzieś tam daleko w Żaganiu płacze jeszcze jedna kobieta. Cierpi jeszcze jedna rodzina. Są to rodzice zastępczy, którzy mieli trzy dni po pożarze usynowić małego Bartka. 

Państwo Piechowiakowie przejęli go od siostry pani Anny, by chłopcu stworzyć szanse na normalne życie. Sąd orzekł, że są wiarygodni i spełniają wszelkie wymogi stawiane rodzinie zastępczej. Bartek został zgłoszony do adopcji. Starania o nią czyniło małżeństwo z Żagania. Nie mieli wcześniej dzieci, dlatego musieli najpierw ukończyć półroczny kurs dla rodziców. 

Odwiedzali chłopca. Pokochali go. – To było takie żywe, kochane i radosne dziecko. Zawsze uśmiechnięty, nie sprawiał żadnych kłopotów. Cieszyłam się z mężem, że będzie miał serdeczny dom i kochających rodziców, opowiadała nam pani Anna, ocierając co raz łzy. 

Nowi, choć formalnie niedoszli rodzice Bartka, przyjechali do Obornik. Jednak tym razem wyjątkowo nie przywieźli zabawek, lecz białe kwiaty, jakie się kładzie na grobach dzieci. Nie przytulili go, nie uścisnęli, nie usłyszeli jego szczebiotu. Wszystko co mogli zrobić w przededniu Dnia Dziecka jego nowi rodzice, to oprzeć czoła o chłodne wieko maleńkiej trumienki i polecić jego czystą duszyczkę Panu Bogu. Dlaczego Pan powołał go do siebie tak szybko, czy pokochają jeszcze inne dziecko – są to pytania na które nie należy dzisiaj szukać odpowiedzi.

Przygotowując ten materiał zastanawialiśmy się, czy nie wystarczy poprzestać na standardowej notatce serwisu prasowego w stylu – dnia tego a tego zdarzyło sie to a to. Jednak od dnia pożaru minął tydzień i wokół sprawy narosło wiele niedopowiedzeń bądź nawet krzywdzących przekłamań. 

W jednej z gazet napisano, że pożar wzniecił 14-letni chłopiec. Bardzo to zabolało Krzysztofa, wyjątkowo odpowiedzialnego i bohaterskiego młodzieńca. Gdzie indziej napisano, że pożar spowodowało jedno z dzieci. Tego jeszcze przecież nie ustalono. Zbierając materiały usłyszeliśmy też takie „rewelacje” jak to, że na Kalinowej wybuchł gaz, że dom jest pechowy, bo się tam ktoś kiedyś powiesił i wiele innych, których nie warto przytaczać. Żadna z tych pewnych "informacji” nie znalazła potwierdzenia. 

Z osądem sprawy pożaru wstrzymał się także prokurator. – Postawienie komuś zarzutu przy obecnej wiedzy o tym zdarzeniu jest mało prawdopodobne. Rodzina ma dobrą opinię. Sąd polecił ich, jako rodzinę zastępczą dla dziecka, które zmarło – złożył oświadczenie obornicki prokurator rejonowy Jarosław Lewicki. 

Podobne artykuły