Łukowski straszny dwór

ŁUKOWO. Walące się na głowy mieszkańców sufity, czarne od grzyba ściany, wypadające z ram spróchniałe okna, kapiąca w czasie deszczu woda z sufitu podpartego belkami by nie spadł na głowy, to obrazek mieszkań w niegdyś pięknym klasycystycznym pałacu w Łukowie. 

Wybudowano go na początku XIX wieku dla rodziny Grabowskich. Przebudowano w 1877 roku dla rodziny Martinich. Piętrowy pałac, z trójkątnie zwieńczonym ryzalitem na osi, kryty płaskim dachem czterospadowym położony w rozległym parku, był niegdyś ozdobą Ziemi Obornickiej. 

Na jego frontowej ścianie umieszczono tablicę upamiętniającą pobyt u Józefa Grabowskiego Adama Mickiewicza w grudniu 1831 roku. Franciszek Mickiewicz był tam rezydentem do 1859 roku. W pałacu gościli również Stefan Garczyński i Wincenty Pol. 

Potem przyszła wojna, ale pałac nie ucierpiał. Po wojnie założono spółdzielnię rolniczą i zasiedlono go biurem i pracownikami. Od tego czasu pałac zaczął systematycznie popadać w ruinę. Teraz rozgrywa się ostatni akt jego agonii. 

Wśród świadków smutnego procesu jest starsza kobieta. Gdy w jej łazience runął na ziemię sufit i zarysowały się ściany, ktoś z jakiejś inspekcji zabronił jej korzystać z łazienki i toalety ostrzegając o grożącym tam niebezpieczeństwie. – Nadeszła zima i gdzie miałam korzystać z toalety, skarżyła się nam kobieta.

Pan Franciszek okrywa w czasie deszczu meble folią. Ścian już nie warto mu gipsować i malować, bo tynk odpada przy każdym opadzie. W każdym narożniku czarne grzyby i kudłate pleśnie wżerają się w bezbronne mury. – Jak w poniedziałek zagipsowałem jeden narożnik, to we wtorek spadł mi drugi i tak w kółko. 

Sąsiedzi pana Franciszka wielkim kosztem i trudem wyremontowali swe mieszkania. Dziś mają nie lepiej, niż przed remontem. By poznać przyczynę kłopotów, wystarczy wejść na strych. Dach przypomina sito. W wielu miejscach pozbawionych dachówek poukładano na dziurawej podłodze jakieś folie, materace lub poustawiano pojemniki na wodę. Na niewiele się to jednak zdaje. 

Proces dogorywania pałacu trwa. Winę za ten stan rzeczy ponosi użytkownik, rolnicza spółdzielnia. Taką opinie usłyszeliśmy w starostwie powiatowym. – Pałac wraz z gruntem mają w wieczystym użytkowaniu. Ich obowiązkiem jest dbałość o dobrostan powierzonego im mienia, wyjaśnił urzędnik wydziału zajmującego się podobnymi sprawami. 

Spółdzielnia nie zajmuje się jednak pałacem. Jeszcze do niedawna pobierała opłaty za używanie energii elektrycznej na korytarzach. Teraz nawet tego nie robi. Mieszkańcy pałacu od lat nie płacą czynszów, bo nikt ich nie wyznacza i nie inkasuje. Wedle starostwa, przy próbie uporządkowania sytuacji prezes spółdzielni Jacek Horłoza twierdził, iż nie może być traktowany jako użytkownik pałacu, ponieważ go nie wykupił. – To twierdzenie jest może i wygodne, ale zupełnie niespójne. Hektarów gruntu wokół pałacu też nie wykupił a przecież je użytkuje i na nich zarabia, usłyszeliśmy w powiatowej geodezji. 

Spór o użytkowanie problemu mieszkańców nie rozwiązuje. Pisali pisma do urzędu miejskiego w Obornikach z prośbą o mieszkania socjalne. Nie mogą ich dostać, bo mają już mieszkania, tak w skrócie brzmiała odpowiedź. Pisali do starostwa, ale i tam nikt w niczym nie potrafił im pomóc, bo sprawa starostwa nie dotyczy. Pisali do wojewódzkiego konserwatora zabytków. Ten zbadawszy sprawę przyznał, że problem jest, ale na ratowanie pałacu nie ma pieniędzy. 

Tymczasem wystarczyłoby połatanie dachu a proces rozpadu można by choć spowolnić. Kto się tym zajmie? Prócz naszej gazety los mieszkańców pałacu najwyraźniej nikogo nie interesuje. My możemy sprawę jedynie nagłośnić i będziemy ów problem monitorować, czekając aż użytkownik zrobi wreszcie to co do niego należy. 

Podobne artykuły