Oborniki wojenne

OBORNIKI. Kolejna rocznica początku stanu wojennego skłoniła mnie do tego, by podzielić się z czytelnikami „Ziemi Obornickiej” pewną refleksją. Różnie ludzie oceniają stan wojenny, choć najczęściej zdecydowanie negatywnie. Analizują go wielu płaszczyznach. Dla mnie był to kompletny bezsens następujący po rzece szarych dni, mający jedynie oddalić agonię komunizmu.

Gdy 14 grudnia pojechałem do Świerkówek, gdzie pracowałem, przed biurowcem Rolniczego Kombinatu stały od czarnej jeszcze nocy dwa wojskowe wozy opancerzone. Praca tego dnia zupełnie się nie kleiła, więc sporo czasu spędzaliśmy w oknach obserwując stalowe tanki stojące na straży w pełnej gotowości bojowej. Ale na straży „czego”? – zastanawialiśmy się pijąc kolejną kawę. Zapytałem jednego z kolegów – czy sądzi, że oni nas bronią przed kimś, czy kogoś przed nami? Po pewnym czasie doszliśmy do wniosku, że to po prostu demonstracja siły.

Dochodziło już południe i z wozów pancernych zaczęli wychodzić skostniali od zimna żołnierze. Trzęsąc się jak osiki po wielogodzinnym siedzeniu na silnym mrozie w brzuchu opancerzonego pojazdu, zupełnie nie wyglądali na takich, którzy mogą demonstrować cokolwiek poza lichotą, beznadzieją, czy bezsilnością. Sinych z zimna, „obrońców” zaprosiliśmy do biurowca. Bardzo nieśmiało, by nie rzec bojaźliwie, weszli do holu i stanąwszy przy grzejniku osłoniętym kratą z drewnianych listew, wsadzali pomiędzy nie zziębnięte na kość palce, starając się przy tym opanować szczękanie zębami i dreszcze.

Po pewnym czasie napoiliśmy ich gorącą herbatą i nakarmiliśmy bezkartkową kiełbasą. Żołnierze tak się oswoili, że bodaj dwie noce spali na fotelach i podłodze w gabinecie prezesa, aż sobie ktoś o nich sobie wreszcie przypomniał i zabrał ich, aby „demonstrowali siłę” gdzie indziej.

Wtedy właśnie pojąłem jak wielkim bezsensem było wystawianie przeciwko nam wojska. Te ocenę potwierdzał mój każdy późniejszy przejazd do Poznania. W Suchym Lesie stał przez długi czas punkt kontrolny. Żołnierze grzali ręce nad koksownikiem, przytupując w śniegu i beznamiętnie obserwując jak sznur samochodów objeżdżał ich położoną o jakieś 200-300 metrów obok posterunku uliczką, biegnąca wzdłuż tamtejszego urzędu gminy.

Czy stan wojenny cokolwiek załatwił? Komunizm i tak skonał tyle, że o 10 lat później. Rzeki zmarnowanych szarych lat bezsensu i marazmu już nic nam nie zwróci, ale to zupełnie inna historia.

Podobne artykuły