Świadkowie robią w sądzie pokaz niekompetencji władz, wzajemnie sobie przeczą, albo nic nie pamiętają

OBORNIKI. Miniony czwartek był trzecim z kolei dniem rozprawy w Sądzie Rejonowym, toczącej się przeciwko budowniczym basenu na pływalni, panom K. i G. Tego dnia sąd przesłuchiwał świadków, a była to grupa aż 10- osobowa. To niełatwe zadanie udało się wykonać bardzo sprawnie.

Pierwszym, który stanął przed barierką dla świadków był wiceburmistrz Henryk Łukaszewski. Opowiedział jak znalazł, obejmując gabinet po Dykciku, dokumenty świadczące o tym, że już w 1999 roku było wiadomo, iż basen został źle wykonany i grozi katastrofą budowlaną. Zaczęliśmy poszukiwanie dokumentów świadczących o tym, w jaki sposób basen był budowany. Wystąpiliśmy do Blue Point, domniemanego wykonawcy basenu, który był objęty 10-letnią gwarancją. Wówczas nie wiedzieliśmy jeszcze, że w trakcie budowy została zmieniona technologia. Jednak na nasze żądanie usunięcia usterek oskarżeni nie reagowali. W trakcie badania dokumentów uzyskaliśmy wiedzę, że baseny miały kosztować 5,2 mln złotych. W trakcie budowy pojawiły się liczne aneksy i wartość basenów szybko wzrosła do 7,2 mln złotych. Nie dotarliśmy jednak do dokumentów wyjaśniających, dlaczego wydano aż o 2 mln złotych więcej, niż to wynikało z kosztorysu i umowy.

Przesłuchiwany po nim Andrzej Starosta bardziej skupił się na szczegółach technicznych. Pływalnię zna od początku, bo dostarczał jej ciepło. Obserwował odbiór techniczny basenów, który określił mianem – spaceru po pływalni. Jako dzierżawca obiektu dokonywał cyklicznych przeglądów technicznych, których wyniki odnotowywał w książce przeglądów. Widział pogarszający się stan niecek, lecz nie mógł dokonywać ich napraw, bo zabraniały mu tego warunki gwarancji. Dbał jedynie o systematyczną konserwację.

Tą zajmował się Maciej Wasilewski. Przed sądem zeznał, że stale konserwował zewnętrzną powierzchnię basenu. Podbasenie nie należało do moich zadań i zaglądałem tam sporadycznie. Gdy po roku od otwarcia zajrzał tam, by wymienić przepaloną żarówkę, dostrzegł wycieki wody. Powiadomił o tym kierownika Haraja. Wedla słów świadka, powiadomiony o tym Błażej K. przybył do Obornik i stwierdził przeciek pomiędzy skrajem plaży i basenem. Zlecił pomalowanie rdzawych miejsc srebrzanką i uszczelnienie szpary specjalną zaprawą. To nie zdało się na wiele, jednak więcej K. już na pływalni nie widział.

Kierownik Haraj kazał mi zalepić nieszczelność taśmą przeciwpoślizgową z męskiej toalety. Powstające nadal rdzawe miejsca na konstrukcji kazał mi zamalowywać srebrzanką. Maciej Wasilewski zeznał też, że były robione roczne przeglądy a on prowadził stały monitoring. Nikt z pracowników nie został przeszkolony przez firmę montującą niecki basenowe. Jedynie szkolenie, jakie przeszli, przeprowadziła firma montująca sprzęt do uzdatniania wody i dotyczyło ono tego sprzętu.

Jeszcze więcej szczegółów dostarczył sądowi biegły powołany w sprawie przez policję prowadzącą postępowanie. Wedle jego kalkulacji Oborniki mocno przepłaciły basen. Powinien być tańszy przynajmniej o połowę. Zastrzegł jednak, że dokładnej kalkulacji faktycznych kosztów zrobić nie potrafi, więc zastrzega 30% margines błędu. Badając sposób montażu zauważył, że ocynkowane elementy były spawane, czego robić nigdy nie było wolno robić. W jego opinii powodem nieszczelności było zamontowanie basenu innego typu, przez co powstała szczelina pomiędzy stalową niecką a płytkami plaży, którą pociekła chlorowana woda. To doprowadziło do powstania korozji. Koryto po demontażu wyglądało strasznie. Jakby je robiła osoba, która nie miała o tym pojęcia, ocenił jeden z najważniejszych elementów biegły. Oskarżeni K. i G. usiłowali dowieść mu brak wiedzy o systemie Myrtha. Ten odpierał to słowami – gdybyście wówczas podpisali się wiedzą o systemie tak jak dziś, to nie byłoby tego procesu, a was na ławie oskarżonych.

O ile biegły dobrze znał system Myrtha, za który Oborniki zapłaciły krocie, o tyle zeznający jako kolejny świadek był szef działu inswestychi w obornickim magistracie Ryszard Jarysz nie wiedział i nim prawie nic. Pamiętał jednak sugestie na temat zmiany systemu a nawet to, że było w tej sprawie spotkanie w Poznaniu.  Nie miałem jednak kompetencji, by zmienić system.  

Jarysz kolejne pytania sądu zbywał słowami – nie pamiętam. Na pływalni nie bywał, nic nie wie, nic nie widział a w dniu odbioru pojechał na wycieczkę do Norwegii. Pytany o to, dlaczego na wszystkich aneksach zwiększających koszt basenu widnieje jego podpis, nie odpowiedział, bo nie mógł sobie przypomnieć. Na pytanie, jakiej produkcji był basen, odparł – nie interesowałem się tym. Przewodniczący składu sędziowskiego zapytał, dlaczego nie było przetargu na basen, Jarysz – bo przygotowano pływalnię pod basen konkretnego producenta.

Basen systemu Myrtha Jarysz poznał podczas wycieczki do Włoch. Jak zeznał, pojechał tam z Koralewskim i chórem. Chór autobusem, a oni prywatnym samochodem. Gdy wracali, po drodze wstąpili do producenta basenów. Tam poznali zalety systemu. Nie interesowałem się tym, co montowano w Obornikach, bo był od tego inspektor nadzoru. Komentując fakt, że według K. o ewentualnej zmianie był tak samo poinformowany jak Koralewski, zapewnił – zmiana nie leżała w moim interesie. Nie pamiętał, jak w Urzędzie Miasta i Gminy znaleźli się G. i K. z propozycją swego basenu. Choć był naczelnikiem Wydziału Inwestycyjnego, przy odbiorze go nie było, a o przeciekach dowiedział się dopiero po roku. Nic z tym nie zrobił, bo pływalnią zajmowała się już spółka. Przypomniał sobie jednak, że podczas spotkania w Poznaniu K. pokłócił się z Koralewskim o pieniądze.  

Zeznający po nim były burmistrz Koralewski popisał się nie mniejszą amnezją od poprzednika. Nie wiem, jaką technologię zastosowano. To zdanie jak echo powtarzali po nim kolejni świadkowie. Przypomniał sobie, że owszem była propozycja zamiany technologii, ale się do niej nie przychylił. Pan K. umówił się ze mną we Włoszech i tam poznałem system Myrtha.

Pytany przez sędziego, czy nie miał wątpliwości, co do tego, czy ten właśnie system zamontowano w Obornikach, dopowiedział, że nie. Pytany, jak pojawili się u niego K. i G. odparł – nie pamiętam, ale chyba przeczytali gdzieś w gazecie, że Obornikom przydałaby się pływalnia. Pytany, dlaczego wybrał system Myrtha, wyjaśnił – mówiono mi o tym, że basen tradycyjny i Myrtha kosztują tyle samo. Potem na zarządzie coś mówiono, że tradycyjny jest znacznie tańszy, ale już było za późno, bo podpisałem umowę.

Przyznał, że sam wystąpił do prezesa zamówień publicznych o zwolnienie z obowiązku ogłoszenia przetargu. Chwilę później przypomniał sobie, że podpisał w tej sprawie pismo, ale nie wie, kto je napisał. Poproszony o komentarz do zeznania Romualda G., że to właśnie on z K. zdecydowali o zmianie technologii z Myrthy na samoróbkę, zaprzeczył. Co montowali nie wiedział, bo na pływalni bywał jedynie do lutego a potem załatwiał powiat i nie miał czasu. Pytany jak to możliwe, że widząc system Myrtha we Włoszech a potem basen w Obornikach nie zauważył różnicy, odpowiedział, że o tym, iż to ten sam basen zapewnili go G. i K. oraz towarzyszący im mężczyzna, którego zwano „prezydent”.

Kolejnym świadkiem, który stanął przy barierce był Sławomir Haraj. Byłem tylko kierownikiem pływalni. Decyzje zapadały na wyższym poziomie. O wszystkim wiedział prezes Nitschke. Mi nie mówił nic. Nic więcej nie wniósł do sprawy.

Bardziej rozmowny był ówczesny kierownik budowy Stanisław Szczerbiński. Nie znałem się na systemie Myrtha. Coś tam jednak musiał wiedzieć, bo w przerwie rozprawy podszedł do jednego z oskarżonych ze słowami – widzisz, mówiłem że tak będzie. Przy odbiorze końcowym też go nie było. Ja zajmowałem się głównie betonami, resztą inspektor nadzoru Teresa Ruks, która była na każdym etapie odbioru. Na budowie bardzo często był pan Jarysz, który wiedział o wszystkim, co się dzieje na budowie.

Pan kierownik nie wiedział nawet, kto montuje niecki basenowe, choć należało to do jego obowiązków. O przecieku się dowiedział i o tym, że powstał on na łączeniu niecki z płytkami. Od płytek był wykonawca i prezes jego robotę przyjął.

Barbara Rożek, która zastąpiła Jarysza na fotelu naczelnika inwestycji mogła być ozdobą listy tych, którzy niczego nie wiedzieli. O basenie wiedziałam, że to ma być zbiornik, ale nie taki, jak to kiedyś zakładano, zeznała. O wszystkim wiedział pan Jarysz, ja o Myrcie nie wiedziałam, że zmieniono technologię. Pytana o to, kto podpisywał faktury, wyjaśniła, że ona, ale przedtem parafowali je kierownik budowy i inspektor nadzoru. W odbiorze nie uczestniczyła, o ekspertyzie z 1999 roku nie wiedziała. O basenie wie tyle, co z gazet.

Podobnie zeznawała Teresa Ruks, pełniąca obowiązki inspektora nadzoru na budowie pływalni. Wiedziałam, że ma być to system Myrtha, ale o zamianie nic nie wiedziałam. Okazało się, że to podróbka, ale ja się na tym nie znam, bo jestem inżynier budownictwa. Zeznała, że nie odpowiadała za zgodność basenów z technologią. Zapytana o to przez przewodniczącego przyznała, że brała za swą pracę procent, ale czy brała również procent od basenów tego nie wie. Wiem, że niecki odbierała jakaś komisja, ale jaka nie wiem. Zapytana przez prokuratora, czy nadzorując pływalnię wiedziała coś o systemie Myrtha, przyznała, że bardzo ogólnie.

Przesłuchano też Janusza Żaka, rzeczoznawcę powołanego przez spółkę PEC. Opisał co zobaczył na pływalni a mając dużą wiedzę o systemie Myrtha miał porównanie. Zapytany o różnicę pomiędzy Myrthą a tym, co zamontowano w Obornikach odpowiedział, że jest taka, jak pomiędzy supernowoczesnym telewizorem Sony a odbiornikiem skleconym w domowym warsztacie. Również jego wiedzę jako eksperta próbował zdyskontować jeden z oskarżonych. Przewodniczący nie dopuścił do polemiki ostrzegając, że za odzywanie się niepytanym ukarze grzywną 2000 złotych i lepiej mieć je przy sobie, bo nie udziela kredytów, lecz wysyła do aresztu. To uspokoiło oskarżonych do końca przesłuchań.

Ostatnim świadkiem tego dnia był współwłaściciel firmy „Myrtha Polska” z Krakowa i jedyny dystrybutor basenów z Włoch Stefan Stachliński. Zaczął od oświadczenia, iż oskarżeni ukradli mu nazwę firmy i technologię. Opowiedział o tym, jak Błażej K. zwrócił się do jego firmy z propozycją sprzedaży basenów Obornikom. By było prościej założyli firmę BP Poznań, która miała zrealizować inwestycję. Później kontakty się urwały a K. nie zamówił basenu. Wyczuł, że coś nie tak i rozwiązał firmę BP Poznań. Zabronił też używania znaku i nazwy. Jako znawca systemu wyjaśnił sądowi, że oryginalny moduł, to stal z nałożonym na gorąco PCV. Jest bardzo odporny na uszkodzenie i całkowicie nierdzewny. Podróbka, to blacha pokryta folią. W przypadku uszkodzenia folii dostaje się na blachę woda z chlorem. Woda odparowuje z pozostaje krystaliczny chlor. Ten przegryzie każdą blachę.

Podsumowując zeznania świadków można ich było podzielić ich na ekspertów i całkowitych laików. Niestety, to ci ostatni podejmowali decyzje. Świadkowie wzajemnie sobie przeczyli, co jeszcze bardziej gmatwa sytuację. Miliony złotych przeciekły przez palce. Wydano krocie, odebrano bubla. Jacek Koralewski dziwnie, nic z tego nie zauważył. Oddał pływalnię w ręce osób, które nie miały żadnej, jak twierdzą, wiedzy na temat budowanych basenów.
W naszej ocenie ława oskarżonych winna być znacznie dłuższa. 

Podobne artykuły