Oborniczanie na pogrzebie w Rzymie

RZYM.. Nie zabrakło oborniczan na uroczystościach pogrzebowych Ojca Świętego Jana Pawła II. Kilkanaście samochodów wyjechało z Ziemi Obornickiej w kierunku Rzymu, wszyscy dojechali i powrócili szczęśliwie.

Bardzo budujący był widok rejestracji POB na autostradzie w kierunku Wiecznego Miasta oraz na jego ulicach. I chociaż obecni w Stolicy Apostolskiej nie byli w stanie zbliżyć się na więcej niż 2 kilometry do Placu Świętego Piotra, gdyż już wszystkie okalające go uliczki były zapchane w czwartkowy wieczór, nikt nie żałował swojej decyzji. Nasz redakcyjny samochód wyjechał z Obornik w środę o godzinie 18. Przez Poznań wjechaliśmy na autostradę do Nowego Tomyśla (11 zł) a potem długo wlekliśmy się zatłoczoną TIR-ami i pielgrzymami drogą doŚwiecka.

Na granicy samochody oznaczone żałobnymi kolorami papieskimi, taki jak nasz, przepuszczano szybko i bez kontroli. Za Berlinem autostrada była niemal pusta i pod Monachium byliśmy o 4 nad ranem. Na granicy z Austrią nie było żadnej kontroli. Wcześniej, w Polsce, wykupiliśmy winietę na autostrady austriackie (40 zł), które również w nocy były puste. Jeszcze opłata 8 euro za

przejazd przez przełęcz Brenner i o 6 rano byliśmy, przejeżdżając ledwie symboliczną granicę, we Włoszech. Obawialiśmy się, że Bawarczycy lub Austriacy ruszą w kierunku Rzymu i zakorkują autostrady, ale nic takiego się nie stało i poza TIR-ami nikt nie tamował ruchu w kierunki Italii.

We Włoszech od razu zmienił się klimat. Widząc polską rejestrację i oznaki dokąd jedziemy, na każdym parkingu zaczepialinas Włosi, wyrażali solidarność z Polakami i pełni przejęcia instruowali, jak dalej mamyy jechać. Podczas jazdy co chwile klaksonamij wyrażali swoje uczucia, co w pierwszym momencie wprowadzało nas w konsternacje – dopiero później zrozumieliśmy, cóż ta dziwna dla nad ekspresja miała wyrażać. Drogi były pełne samochodów z polskimi rejestracjami, około jednej piątej wszystkich pojazdów na drogach byli to polscy pielgrzymi. Jednak oprócz rodzimych pojazdów, co chwile migały rejestracje niemal z całej Europy. I wtedy zrozumieliśmy, cóż oznacza przysłowie, iż wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.

W niezwykłym dla nas w tej porze rokuupale o godzinie czwartej popołudniu, po 21 godzinach podróży, dotarliśmy do rogatek Rzymu. Musieliśmy jeszcze wrzucić 38 euro do automatu pobierającego opłaty za przejazd włoskimi autostradami (wielu pielgrzymów miało z tym kłopoty technicznei zaczęły tworzyć się kilkusetmetrowe kolejki, pomimo tego, iż czynne było kilkanaście bramek) i mogliśmy wjechać na autostradę – obwodnicę Rzymu.

Tu spotkała nas pierwsza niespodzianka. Nie było żadnych punktów informacyjnych i nie pozostawało nam nic innego, jak na ślepo wjechać do miasta. Każdy, kto był w Rzymie wie, jaki ruch panuje na jego ulicach. Nie można go porównać do niczego znanego Polakom. Tym razem jednak do miasta wjechało, jak podawało radio, dodatkowo kilkaset tysięcy samochodów. Nie można już było mówić o korku, ale o kompletnym paraliżu. Od rogatek autostrady, ciągnął się do odległego o 20 kilometrów centrum, nieprzerwany korek, poruszający się w tempie, które nawet trudno określić jako żółwie. To po prostu nie było żadnaprędkość. Każde skrzyżowanie na drogach było kompletnie zapchane, nie obowiązywały zwyczajne przepisy, wszyscy jechali zdając się na uprzejmość i zrozumienie pozostałych uczestników ruchu, samochody zajmowały chodniki, blokowały skrzyżowania, na światła czy policję nikt nie zwracał uwagi. Po kilkudziesięciu minutach takiej jazdy komletnie nie mogliśmy się domyślić, gdzie jesteśmy. Wjechaliśmy na chodnik i zaczęliśmy wypytywać Rzymian, którędy mamy jechać. Kiedy spytaliśmy j ednego, wkoło pojawiło się następnych kilkunastu. Zaczęło się migowe konslium, każdy chciał nam doradzić jak najlepiej. Po kilku tego typu naradach zdołaliśmy zrozumieć, że najlepiej pojechać w kilka punktów miasta, z których wybraliśmy Stadion Olimpijski, gdyż znajdował się najbliżej Placu Świętego Piotra.Dalsza jazda wyglądała w ten sposób, że przez okna w samochodzie krzyczęliśmy Stadio Olimpico, a przechodnie pokazywali nam dalszy kierunek. Kiedy i na którymś z placów czy krzyżówek niewiedzieliśmy, jak jechać dalej, wypróbowaliśmy prostą metodę, jak się okazało najbardziej skuteczną. Stawaliśmy na środku skrzyżowania, wciskaliśmyna kilka sekund klakson, wychodziliśmy z samochodu i na całe gardło krzyczeliśmy Olimpico. Wówczas po właściwej stronie skrzyżowania kierowcystarali się zrobić przejazd, i w tunelutrąbiących i krzyczących Włochów posuwaliśmy się do następnego skrzyżowania. Tam historia się powtarzała a trwało to około dwóch godzin. Wreszcie, na jakiś kilometr przed stadionemprzejęła nas włoska policja, która wsobie znany tylko sposób, z uśmiechem i zrozumieniem, przepuszczała nas we właściwym kierunku – na widok polskiej rejestracji.

W ten sposób po trzechgodzinach czegoś, co byłoby niezwykłym przeżyciem dla każdego kierowcy, zostaliśmy doprowadzenie przed Stadion Olimpijski, gdzie pokazanonam kawałek asfaltu i trawnika – miejsca, gdzie mogliśmy się rozbić. Tampowitał nas tłum rodaków oraz Holendrów, Chorwatów, Brytyjczyków i sami nie wiemy kogo jeszcze, którzy dojechali przed nami i przywitali nas uśmiechem i śpiewami. Byli też obomiczanieoraz rogoźnianie, którzy natychmiastrozpoczęli się z nami dzielić wrażeniami.

Gdyby ktoś chciał powiedzieć złe słowo o Rzymianach, jesteśmy pierwsi, którzy będą gwałtownie protestować. Gotowe było wszystko – ulotki informacyjne, przenośne toalety wszędzie, gdzie to było konieczne, a nawet hydranty, z których strumieniem lala się woda, aby można było się umyć. Wokół dziesiątki policjantów pilnujących porządku i wolontariuszy z całych Włoch,którzy byli gotowi pomóc na każdą prośbę. Gdy szukaliśmy drogi do naszych znajomych oborniczan, a wiedzieliśmy pod jakim adresem mieli się zatrzymać, to chociaż nikt nie wiedział, gdzie dana ulica w Rzymie się znajduje,zaprowadzono nas do wozu, który miał łączność z satelitarnym GPS i wydrukowano dokładną marszrutę, która pokazywała, w jaki sposób się tam dostać. Spod stadionu co 5 minut odjeżdżał darmowy autobus miejski, który dowoził pielgrzymów w pobliże Placu Świętego Piotra. Policja przepychała go przez ulice tak, że po 10 minutach był na miejscu.O picie nie było się trzeba martwić – wolontariusze roznosiliw każdym niemal punkcie Rzymu darmową wodę i nawetbyło można wybierać, czy chce się butelkę z wodą gazowaną, czy niegazowaną.

Oczywiście wielu z nas przeżyło szok kulturowy. Wokół jeździły setki skuterów, które stadami robił niemiłosierny hałas. Kiedy pytaliśmy się o co chodzi, wyjaśniono nam, że w ten sposób młodzież rzymska oddaje hołd papieżowi. Wzdłuż ulic, nawet do połowy ich szerokości, rozstawiano w centrum Rzymustoliki, na których jedzono pizzę i spaghetti popijając obficie winem. Przy czym na cały głos włączone było radiolub telewizor – w ten specyficzny sposób Włosi łączyli się z pielgrzymami ustępując im miejsca na głównych placach.

W czwartek wieczorem zamknięto Plac Świętego Piotra i Via Conciliazione. Rozpoczął się prawdziwy szturm o zajęcie miejsc. Nadające w Rzymie polskie radio starało się apelować o spokój i porządek a po pewnym czasie włoskiej policji udało się opanować sytuację z pomocą duchownych w roli mediatorów. Większość tych, która tak jak my przybyła do Rzymu na własną rękę, nie miała szans dostać się w rejony, gdzie chociażby z oddali byłoby widać ołtarz przed bazyliką. Pozostawało jedynie wybrać inne miejsce, gdzie można było oglądnąć wspólnie i wysłuchać uroczystości pogrzebowe. Większość pielgrzymów zdecydowała się na leżący najbliżej Piazza Risorgimento, gdzie ustawiono duży telebim. W piątek rano okazało się, że w pobliżu tego placu jest tak wiele osób, iż jeden ekran nie wystarcza. W pośpiechu dowożono drugi, który ustawiono na sąsiedniej ulicy. W piątkowy ranek nieprzejezdnych była większość ulic w promieniu 5 kilometrów od Watykanu. Szły nimi takie rzesze ludzi, iż nawet skutery przebijały się z przez nie z wielką trudnością. Dostanie się w pobliże Watykanu było już właściwie niemożliwe. Nąjdramatyczniejsze sceny odgrywały się na Placu Weneckim i Corso Emanuele II, którędy poruszałysię kolumny z głowami państw. Policja starała się utrzymać przejezdność tej drogi, ale co rusz kolumny oficjeli musiały hamować, gdyż ludzie nie mieścili się na chodnikach a Włosi ani myśleli ustępować swoimi skuterami drogi na przykład prezydentowi Bushowi.

Pierwsza burza oklasków wstrząsnęła Rzymem, gdy przed Bazylikę wnoszonotrumnę Jana Pawła II. Kiedy na telebi mach pojawił się prezydent USA większość Włochów rozpoczęła festiwal gwizdów, niemal natychmiast zagłuszony przez oklaski Polaków. Jednak największy tumult podnieśli właśnie Włosi, gdy głoszący kazanie kardynał Ratzinger rozpoczął mówić o papieżu. Okrzykiem dnia było santo subito – lud Rzymu skandował wielokrotnie to hasło po wszystkich ulicach, domagając się natychmiastowej kanonizacji Karola Wojtyły. W tłumie Włosi starali się wytłumaczyć wszystkim przyjezdnym o co im chodzi, ale zdaje się, że z mizernym skutkiem. Polacy byli w większości bardziej milczący, zgodnie z naszą tradycją zadumy na pogrzebie. Pod koniec kazania wybuchł taki tumult, że na kilkanaście minut czekano z kontynuacją Mszy. W telewizji nie wyglądało to zapewne tak groźnie, ale będąc na miejscu czuliśmy, jak mury Wiecznego Miasta drżą od hałasu robionego za pomocą gardeł i wszystkiego, co kto znalazł pod ręką. A że było to dziełem z pewnością kilku milionów wiernych na przyległych ulicach i placach, można sobie wyobrazić wrażenie, jakie ten potworny wrzask i tumult robił na miejscu.

Od połowy Mszy, chcąc zobaczyć jak sytuacja wygląda w reszcie Rzymu, przesuwaliśmy się powoli do handlowego centrum miasta. Okupowane były wzystkie mosty na Tybrze, główne przelotowe ulice miasta, zazwyczaj całkowicie zakorkowane ruchem samochodów i skuterów, świeciły pustkami. Ale na prawie każdym z placów ustawiono telebim. Rzymianie nie chcieli oglądać transmisji w domach – czując się wielką wspólnotą, po stracie biskupa zebrali się razem, by wspólnie przeżywać ostatnią drogę Jana Pawła II. Na słynnym Pizza del Poppolo z przyległym Corso było kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Oni również żywo reagowali na wszystko, co działo się w odległym o kilka kilometrów Watykanie a hałas był momentami wcale nie mniejszy. Może tylko atmosfera nieco luźniejsza – przyjechali tutaj skuterami czy rowerami i żywo rozmawiali wzajemnie. Na wszystkich placach, które odwiedziliśmy w pełnym pogotowiu była policja, działały służby medyczne i roznoszono wodę. Gdy na sam koniec Mszy doszliśmy do Koloseum, gdzie również ustawiono telebim, zobaczyliśmy widok niezwykły – włoscy skauci wraz z polskimi harcerzami rozpoczęli tańce i pląsy. Chwilę nie dowierzaliśmy temu, co zobaczyliśmy, aż nam wytłumaczono, iż Włosi w ten radosny sposób postanowili uczcić ich zdaniem już przesądzoną kanonizację Jana PawłaII.

Jeszcze chwile po Mszy obserwowaliśmy, jak policja próbuje odblokować Plac Wenecki na przejazd prezydenta Busha (niektórzy kierowcy klęli na to, że mają ustąpić prezydentowi USA w niewybrednych słowach (o ile dobrze zrozumieliśmy zawiłości włoskiego) i z powrotem doszliśmy w pobliżu Placu Świętego Piotra właśnie w chwili, gdy policja – po tym, jak opustoszał on z kardynałów, królów, prezydentów i kogo tam jeszcze nie było – starała się nie dopuścić do niego reszty pielgrzymów, głośno tłumacząc (dosłownie, gdyż wołano także po polsku), iż trzeba wszystko uporządkować i przygotować na dzień następny.

Po kilku minutach (drewniane) barierki popękały i morze wiernych – głównie Polaków – rozpoczęło regularną okupację Watykanu. Na nic zdały się komunikaty, że Bazylika będzie zamknięta do wtorku, że śmieci trzeba wywieźć itp. Śmieci faktycznie pozostało po uroczystościach tyle, że przez kilka godzin olbrzymie maszyny, które natychmiast przystąpiły do pracy, nie mogły sobie z nimi poradzić. Pod wieczór tłum z centrum miasta i Watykanu powoli zaczął się rozchodzić. Wsiedliśmy do samochodu, aby jak najszybciej na łamach gazety zdać relację z tego, co widzieliśmy. Każdy, z którym rozmawialiśmy tego wieczoru, był wstrząśnięty tym co przeżył i zobaczył. My również.

Podobne artykuły