Fatum nad pogotowiem

OBORNIKI. W poprzednim numerze Gazety pisaliśmy o wypadku do którego doszło w Nowy rok i w którym uczestniczyła załoga obornickiej karetki pogotowia.

Wobec uczestnictwa w tej historii aż dwóch karetek pogotowia sprawa wyglądała na dość skomplikowaną, jednak dopiero po rozmowie z uczestnikiem zdarzeń Mieczysławem Szeflerem, okazało się, że jest ona jeszcze bardziej zawiła i przypomina fatalny splot różnych zdarzeń, które zlały się w jeden obraz a wszystkie łączy wielkie cierpienie.

Jak już wspomnieliśmy, do zdarzenia doszło w noworoczne popołudnie. Pan Mieczysław miał dyżur, pomimo tego, iż w tym samym dniu był solenizantem a ponadto miał urodziny.

Jeździł od wielu lat wraz z kierowcą Krzysztofem Tojkiem karetką „W” obsługującą szpital. Obaj dostali tegoż dnia polecenie wyjazdu do Szamotuł po krew i osocze pilnie potrzebne na chirurgii. Nie zwłocznie ruszyli w drogę.

Nieco później do ciężko chorego z Kiszewa wezwano pogotowie. Ruszyła tam karetka typu „R”

Gdy jej zespół minął Oborniki, doszło do wypadku. Jak już wcześniej pisaliśmy, jeden kierowca jadąc przez Słonawy zjechał na pobocze, by ustąpić miejsca pędzącej na sygnałach karetce, a młody chłopak z Nowołoskońca jadąc na łuku drogi za nim zagapił się nieco i wpadł na tego pierwszego.

Jadący karetką zauważyli to i natychmiast zatrzymali się, aby udzielić pomocy poszkodowanemu. Przez radio powiadomili o fakcie dyspozytora. Ten wiedząc, iż w Kiszewie czeka ciężko chory, zawrócił karetkę jadącą po krew.

Panowie Mieczysław i Krzysztof dojechali już do Chrustowa, gdy powiadomiono ich o konieczności przerwania jazdy i udania się do Słonaw, aby zabrać rannego w wypadku i odwieźć go do szpitala luzując R-kę, która pomknęła dalej po chorego z Kiszewa.

Gdy już poszkodowany trafił do izby przyjęć, dwuosobowy zespół karetki „W” znów ruszył swym wysłużonym polonezem do Szamotuł, bo krew wciąż była pilnie potrzebna. Gdy karetka dotarła na miejsce okazało się, że osocza nie ma tyle ile trzeba i zespół ruszył po nie dalej do Poznania.

Choć znamy już niemal wszystkie fakty, nadal nie bardzo rozumiemy, jak można było wysłać tam w ciemno karetkę, nie sprawdziwszy uprzednio telefonicznie, czy jest owa krew i osocze w ilości wystarczającej. Czasu wszak było na to aż nadto.

Ostatecznie panowie Krzysztof i Mieczysław zawiadomili przez radio dyspozytora o braku osocza i na włączonych sygnałach, już mocno spóźnieni, pomknęli dalej po bezcenny lek ratujący ludzkie życie.

Do Poznania nie dotarli, gdyż za Szamotułami, na wysokości wsi Kąsinowo jadący z naprzeciwka 39-letni kierowca malucha zjechał na przeciwny pas ruchu i nie hamując nawet, doprowadził do czołowego zderzenia.

Dlaczego do tego doszło? To również jest osobna historia.

Krótko przedtem prowadzący malucha mężczyzna bardzo posprzeczał się z rodziną. Jak zdołaliśmy się dowiedzieć, konflikt w niej trwał już od dawna. Właśnie z nowym rokiem zeszli się wszyscy, aby powyjaśniać sobie to i owo, no i na koniec dojść do jakiegoś porozumienia.

Rodzinna dyskusja, ostro okraszana alkoholem, przerodziła się w kolejną kłótnię. Nikt podczas niej nawet nie zauważył, kiedy jeden z uczestników rozmów, wyszedł z domu wsiadł do malucha i ruszył przed siebie.

Dlaczego zjechał na przeciwny pas ruchu? Był pijany? Może przysnął? Może nie panował nad kierownicą, a może postanowił ze sobą skończyć – bo i tego wątku nie da się całkowicie wykluczyć.

Skutki zderzenia były straszne. Przód malucha był spłaszczony do wysokości przedniej szyby jak jednolita płyta. Uderzając w przód poloneza od strony kierowcy, wyrwał w nim przedni słupek a lewe koło znalazło się tam, gdzie kierowca miał nogi.

Oglądając rozbitą karetkę, trudno odgadnąć, że jej obaj pasażerowie przeżyli. Kierowcę uratowało tylko to, że instynktownie rzucił się w stronę sanitariusza, dzięki temu nadal na nogi. Poharatane, ale ma. Poważnie ranny w głowę stracił przytomność. Sanitariusz też.

Ich pojazd, a właściwie jego resztki – bo silny cios oderwał nawet drzwi w tyle poloneza, wraz z zakleszczonymi w nim mężczyznami wpadł do głębokiego rowu z wodą.

Kto i kiedy ich ratował tego pan Mieczysław nie wie. Leżał nieprzytomny, mgliście kojarząc, iż wołał o pomoc, widział jakichś ludzi a ktoś krzyczał, że nie można ich wydobyć. Jak długo leżeli bez pomocy, nie wiadomo.

W tym czasie z rozbitego silnika wypłynął gorący ojej, z akumulatora kwas a ze zbiornika benzyna. Kombinacja tych cieczy wymieszanych z wodą w rowie poparzyły sanitariuszowi ramię, bok i rozległą część placów.

Nieprzytomnemu kierowcy piekąca ciecz wdarła się do ust i dalej do tchawicy i płuc. Cud, że nie spadła na nią żadna iskra, bo obaj spłonęliby żywcem.

Gdy ich w końcu wydobyto, okazało się, że Krzysztof Tojek jest tak dalece niestabilny, iż koniecznie trzeba go przetransportowania i to jak najszybciej do szpitala specjalistycznego. Zrobił to wezwany natychmiast śmigłowiec. Na Lutyckiej mężczyzna leżał przez trzy dni pod respiratorem. W końcu odzyskał przytomność a jego stan jest już dziś stabilny, choć o powrocie do zdrowia nie można jeszcze powiedzieć.

Pan Mieczysław trafił do szpitala w Szamotułach. Gdy okazało się, że ma rozległą ranę głowy i konieczna jest tomografia komputerowa, przewieziono go do Obornik. Po badaniu dyrektor Jacek Kościański osobiście zdecydował, że już zostanie w macierzystej lecznicy.

W szpitalu zaczął się dla niego ostatni akt dramatu. Leżał unieruchomiony z uszkodzonym kręgosłupem wiedząc, że kierowca nie żyje. Nie mógł się z tym pogodzić. Silne leki utrzymywały go w półświadomości, nie mniej obraz śmierci kolegi był więcej niż przygnębiający. Dopiero po dwóch dniach dowiedział się, że to zginął kierowca malucha a jego kolega żyje.

Gdy nam o tym opowiadał stać go już było na uśmiech, jednak tych dwóch dni pewnie długo nie zapomni. Czeka go jeszcze poważne badanie kręgosłupa a być może operacja. Cieszy go powrót do domu. Porusza się z wyraźnym trudem dyskretnie starając się ukryć niewątpliwe cierpienie. Ma przemiłą żonę i dwie śliczne maleńkie córeczki. Gdy się pomyśli jak nie wiele brakowało, to aż…

Kończąc ten artykuł nie można się oprzeć wrażeniu, iż nad obornickim pogotowiem zawisło jakieś fatum. Niedawno jeden z sanitariuszy poważnie zachorował na serce, kierowca złamał nogę, dyspozytorka jadąc do pracy uległa w Garbatce ciężkiemu wypadkowi. Jej stan wciąż można traktować jako poważny. Teraz dwie kolejne osoby chorują poszkodowane w wypadku a rok się dopiero zaczął.

Nasza redakcja życzy panom Mieczysławowi i Krzysztofowi oraz całemu zespołowi pogotowia więcej szczęścia, bo najwyraźniej go potrzebują.

Użytkownikom dróg przypominamy, że karetka na sygnale to rzecz święta. Jadący w niej ludzie ryzykują swoje zdrowie a czasem i życie, by ratować innych. Ustąpienie jej miejsca jest obowiązkiem, którego nie wolno lekceważyć.

Podobne artykuły